UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

"Zagubione" wspomnienia z Ironman Zell Am Zee - Kaprun '2013 (+FOTO)

Utworzono: 02 październik 2013
AMI

 000Ironman703salzburgDo Zell am See, na wyścig z serii Ironman 70.3, jechałem z wielkimi nadziejami na dobry występ, choć to pozytywne nastawienie zakłócało wciąż zmęczenie i prognoza pogody, wyraźnie wskazująca obfite opady deszczu i maksymalną temperaturę ok. 17 st. C – na rowerze średnio przyjemne odczucie.

Austriacki kurort narciarski przywitał nas piękną pogodą oraz wielką tablicą drogową (taką co u nas, jak się uda, opisuje się objazdy remontów), informującą o niedzielnych utrudnieniach ruchu z uwagi na zaplanowany wyścig.

Po rozlokowaniu się w apartamencie, którego podłogi w każdą stronę były pod górkę (w życiu się tak nie namęczyłem, aby przejść z przedpokoju do sypialni) udaliśmy się z Torpedem na krótki dwudziestokilometrowy objazd trasy rowerowej.

Trzeba przyznać, że Zell am See, jak i cała okolica, zdecydowanie odbiegała od tego, co można było zobaczyć na... Google Maps i zdjęciach :) Na każdej ulicy korki, tunele dzięki którym można ominąć miasto i w ogóle jakoś tak wielkomiejsko. Wszędzie jednak odczuwało się atmosferę wielkiej imprezy. Na każdym kroku spotkać można było uczestników zawodów oraz ich rodziny. Ulice ozdobione banerami i reklamami z logiem M z kropką.

Następny dzień to poranek z motylami w brzuchu – pierwsza nasza tak duża impreza, a przed nami odbiór pakietów startowych, odprawa, krótkie pływanie w basenie (niektórzy z zawodników taplali się od rana w jeziorze), wstawianie rowerów do strefy zmian i sobotni gwóźdź programu – wyścig Irongirl na dystansie 4,2 km, w którym udział miały wziąć nasze Szanowne Małżonki.

Pakiety odebraliśmy sprawnie. Odprawa w języku angielskim – fajna, budująca, ale według mnie taka, żeby uczestnikom lekko przeprać mózgi, aby wyskoczyli z kolejnej kasy na liczne zakupy oraz następne zawody pod marką IM. Takie gadanko dla garniaków :)

Czas mijał szybko, więc zanim się spostrzegliśmy, już staliśmy przy starcie do Irongirl, ściskając mocno kciuki za AMI i Anę. Dziewczyny wywalczyły należne im medale, a dla ich dobroczyńców :) nadszedł czas na odwiedziny w strefie zmian, pozostawienie w niej rowerów oraz worków na rzeczy rowerowe oraz biegowe. Przestrzeń oraz masa wstawionych rowerów (dla 1800 uczestników) powodowały bolesny wytrzeszcz oczu – jak tu znaleźć swój rower i worki ?

Całą noc z soboty na niedzielę lał deszcz. Niedziela wcale nie była lepsza, ale ścigać się trzeba było.

W wyścigowy poranek to jedynie kosmetyka – przyniesienie napojów na rower, dopompowanie kół, ostatnie sprawdzenie stanu przygotowania sprzętu. I wyszło szydło z worka – zapomniałem czepka z pokoju. Żona – Cyborg – wskoczyła w "samochód techniczny" i po szybszym niż krótki czas wróciła ze sprzęciorem, tracąc przy tym idealną miejscówkę do parkowania. Okazało się w efekcie, że fatyga była zbędna, bo tak jak przypuszczaliśmy, czepki były dostępne przed wejściem do strefy startu. Nie chcieliśmy jednak ryzykować ewentualnych problemów i stresu.

Start pływania puszczony był falami – grupami wiekowymi. Ja miałem możliwość wystartowania w pierwszej fali wraz z profi oraz - kolejną po mojej - grupą wiekową. Torped startował w następnej fali.

Po kilkuminutowej rozgrzewce i ustawieniu się w najlepszym według mnie miejscu nastąpił start. Było trochę przepychania, ale wynikało ono bardziej z tego, że zawodnicy co i rusz dokonywali korekt w nawigacji i zamiast płynąć w jednej, prostej linii, zbaczali z niej raz w lewo, raz w prawo.  Po jakimś czasie zorientowałem się, że mieszcząca się gdzieś na horyzoncie bojka, którą chciałem pokonać jako pierwszą, powinna być osiągniętą w drugiej kolejności. Skorygowałem więc kurs i już bez żadnych komplikacji zmierzałem w jedynie słusznym kierunku. Mój spokój umysłu zakłócało jednak pytanie – „skąd przede mną ta masa ludzi, którą cały czas wyprzedzam ? Przecież startowałem z pierwszej linii ? Czyżbym aż tak na początku płynął w złym kierunku ? Niemożliwe...”.

W końcu... koniec wody (0:29:24 – szału nie ma, najsłabsze moje pływanie w tym sezonie), tzn. pływania, bo woda lała się z ciemnych chmur bez przerwy. I teraz najnowsze doświadczenie – po długiej przebieżce z wody ogarnąć tę całą, wielką strefę zmian, znaleźć odpowiedni worek (niby miejsce miałem obcykane), prawidłowo i szybko go zagospodarować (bez pomocy wolontariusza byłoby ciężko) i wskoczyć na rower. W trakcie docierania do mojego stanowiska rowerowego założyłem pod kask okulary z nadzieją, że się rozchmurzy za chwilę i będą potrzebne. Te jednak powiedziały kategoryczne „nie” momentalnie parując. Zdjąłem je, po drodze gubiąc (dzienks wolontariusz za podrzucenie), schowałem pod trisuita, by po chwili mieć w rękach rower.

Znowu długa przebieżka i hyc na bicykl. Piękna sprawa, wpięte buty, stopy gładko w nie wchodzą. Pierwszy raz w życiu bezproblemowy start roweru. Pysznie !!! Dalej już poszło samo. Na rowerze czułem się dobrze, choć długie podjazdy szły mi gorzej niż zwykle. Brak nieco mocy, bolały troszkę nogi (temat do przemyśleń – za mocny ostatni okres przed odpuszczeniem ? A może za duże odpuszczenie. Jest czas, przeanalizujemy.)

Z górki byłem gość i nawyprzedzałem się za całe życie, ale i pod górkę też kilku „łykłem”. Najważniejsze, że Wigry3 mnie nie ośmieszył :)

Ośmieszyłem się za to sam, gdy na drugim okrążeniu, ok. 8 km przed strefą zmian, na zjeździe przed skrętem i wcześniej chyba rondem, ktoś tak przejął się pokazywaniem, aby zwolnić (nie kojarzę takiej sytuacji na pierwszym okrążenie), że zbyt do siebie te znaki wziąłem i z jakiegoś nieznanego mi powodu nacisnąłem nieco za mocno przedni hamulec.

Buty wypięły mi się z pedałów i poczułem, jak lecę do przodu. Nie pamiętam, czy kojarzę kontakt z ziemią, wydaje mi się, że tak, ale kolejny etap mojej świadomości to fakt, gdy leżę na plecach z rowerem na sobie (trzymałem się gada do końca) i z nogą na wysokości moich oczu – „Dupa !!!” – sobie pomyślałem, „koniec wyścigu, noga nieźle złamana, aż tak gibki przecież nie jestem”. Ale nie, nogi, a zwłaszcza prawe kolano, czuje dość wyraźnie i to w innym miejscu, niż wysokość moich oczu. Usłyszałem nagle za sobą wycie i jakiś wrogi język. Ruski !!! I jego noga !!! Zdjąłem z siebie rower, ruskiemu oddałem nogę, ale coś nie mogę się ruszyć – bolą plecy, kolano, łokcie. Nie dam rady, a ruski wciąż się drze – „o co mu chodzi, poboli, poboli i przestanie, o co tyle krzyku ?”.

„A co ze mną ? Mam się poddać ? A medal, a koszulka Finiszera ? Tyle na to czekałem, od listopada. Jadę, zwłaszcza, że drałowanie na piechotę 8 km nie podoba mi się, przecież nikt mnie nie podwiezie !!! Jadę !!!”

Ktoś się zapytał, czy ze mną w porządku. Rower ruskiego odstawiony pod drzewo, ruski wyje – w GRU to on chyba nie był.

Pozbierałem się, ale rower jakiś dziwny – opuszczone siodełko, podpórki na lemondce powykrzywiane, koszyczki na bidony powykrzywiane, a ja jadę jak jakiś gigant na dziecięcym rowerze, a ten dość niestabilnie się zachowuje – scentrowane koło, przedni hamulec się poluzował i trze o koło. Dać małpie brzytwę, Wigry3 byłby najodpowiedniejszy... I ten ruski; na początku było mi go żal, ale pomyślałem sobie, że gdyby zachował te przepisowe 10 metrów, to by na mnie nie wpadł, a co najwyżej przewróciłby się gdzieś obok, nikogo w to nie angażując.

Dokuśtykałem do końca roweru (02:33:23). Udało się gładko z niego zejść, pozostawiając w nim buty i krew na owijce :) Biegłem do strefy zmian. Spoglądam z daleka, że jest tam pusto, tylko "kilka" rowerów - całkiem nieźle. Wcześniej jednak AMI, widząc mnie, z lekkim przerażeniem zapytała się, czy wszystko w porządku; odpowiedziałem kciukiem do góry, choć nie miałem pewności, czy uda mi się rozpocząć bieg. Rozpocząłem.

Jak na mnie było nieźle – najszybsze moje bieganie w triathlonie (01:51:36), w obiektywnej rzeczywistości dno. Pomachałem Victorii i Anie :) Masa ludzi, w tym Polacy na trasie, dodawali skrzydeł i mocy. Aż głupio było okazywać ból (po kraksie zero śladu, co jakiś czas odzywało się małe przeciążenie kolana, przez które co jakiś czas musiałem lekko zwalniać), a i oczekiwany kryzys nie nadchodził. Czy mogłem szybciej ? Jakbym mógł to zapewne było by faktycznie szybciej.

Wyścig zakończyłem z wynikiem 05:03:15. Bez zdychania, w dobrym samopoczuciu, pozostaje więc niedosyt; a może jednak mogłem ? Za metą czekała moja Żona, z którą podzieliłem się szczęściem mimo, że bez życiówki, a tym bardziej bez wymarzonego przed sezonem wyniku.

W oczekiwaniu na Torpeda spotkałem zawodnika z Łodzi (pozdrawiam), z którym zamieniliśmy kilka postartowych słów. Co chwila jakiś wolontariusz lub sanitariusz wysyłał mnie do punktu medycznego z dziwnym pytaniem, czy się dobrze czuję. Chwilowo odmawiałem, uzasadniając to czekaniem na kolegę.

W końcu dobiegł Torped z mocną życiówką. Chwila radości, punkt medyczny, mały posiłek, piwko.

Nie zabrakło romantycznego spaceru w deszczu, wzdłuż jeziora, po rowery. Prysznic, krótkie biesiadowanie, próba odbicia moich klapek ze strefy startu, pozostawionych przed wejściem do wody, zakończona porażką – ostała się masa obuwia, ale ulubione klapeczki przepadły :(

Jeszcze tylko nocna wizyta w szpitalu na zastrzyku na tężec – nieprzyzwoita czystość i porządek, ja pierwszy w kolejce, szybka obsługa. „Spędziliby sobotę na ostrym dyżurze w Szpitalu Bródnowskim i do tego zimą, a co ? Zobaczyliby, co to życie...”, pomyślałem sobie.

I to koniec...

Nie udało mi się zrealizować w pełni założonego na ten sezon planu, przede wszystkim z uwagi na słabe bieganie i w mniejszym stopniu brak wyścigów bez przygody na rowerze, z którego też trzeba urwać parę minut. Jest kilka miesięcy na analizę, a na pewno na ciężką pracę, zwłaszcza, że plany mam ambitne. Ale pozostawię je tylko dla siebie.

Do zobaczenia na trasie...

JLM

 

Wyniki AKS Polonia Warszawa (1.09.2013):

Imię i Nazwisko Swim T1 Bike T2 Run TOTAL Rank Overal Rank
JANUSZ LEW-MIRSKI (262, AK M35) 29:24 4:44 2:33:23 4:08 1:51:36 5:03:15 79 470
TOMASZ PANUFNIK (1960, AK M30) 36:53 6:11 2:48:06 4:18 1:51:14 5:26:42 195 874

 

Share
Free Joomla Template created by College Jacke