UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

LOTTO POZnań Triathlon '2013 (+FOTO)

Utworzono: 07 sierpień 2013
AMI

W minioną niedzielę, 4 sierpnia, odbył się pierwszy triathlon w Poznaniu, w którym uczestniczyła grupa zawodników z AKS Polonia Warszawa. Zapraszamy wszystkich do przeczytania relacji trzech naszych zawodników, którzy jak zwykle godnie reprezentowali na zawodach barwy Czarnych Koszul :)

 

Próba generalna... (Okiem Lwa)

Poznań ? Nie !!! Fala pecha rozpoczęła się w niewielkiej, nadmorskiej miejscowości w Chorwacji. Bo to, że obtarte stopy po wyścigu w Mrągowie oraz choroba w pierwszym tygodniu lipca wykluczyły mnie z treningu, to niewarte uwagi przypadki dnia codziennego.

To tam na obozie wczasach wypoczynkowych nie udało mi się zrealizować wszystkiego, co sobie zaplanowałem.

To tam zmęczenie okresem pracowym (mimo nieustannych prób zachowania ogromnej ekonomii działań) nie pozwalało na zbyt częste wstawanie o godz. 500 (właściwie to ani razu) lub o godz. 600 (nawet się udawało), aby rozpocząć urlopowy dzień treningowy.

To tam pogoda, wzniesienia, mimo że nieduże, dawały nogom w kość i to tam tempo biegania dramatycznie spadło do poziomu snującego się po kątach przedszkolaka.

To tam właśnie, gdy miałem zrobić najdłuższą trasę rowerową, złapałem dwie gumy, a w trzeciej (chronologicznie drugiej :) ) przy pomocy pożyczonej, słoweńskiej pompki złamałem wentyl. I tylko dzięki mojemu niezawodnemu serwisowi, który tego dnia w pogoni za moją skromną osobą doliczył do przebiegu technowozu kolejne 200 km, udało mi się ukończyć jazdę, która przypadła, a jakże, na najgorętszą porę dnia.

To w drodze powrotnej z obozu wczasów wypoczynkowych, w przerwie na spanie w Żylinie, nie udało mi się zaliczyć biegania, bo owa miejscowość, bez dokładnej jej znajomości wykluczała działania treningowe, przynajmniej z położenia hotelu. Zwykły spacer o zmroku, po dzielnicy cygańskiej, wagonowni i myjni kolejowej utwierdził mnie w tym przekonaniu. W sumie to moja wina, mogłem się lepiej przygotować do biegania w nieznanym mi miejscu.

Warszawa... To to miasto w centrum Europy, tak w Europie od zawsze, nie od 1 maja 2004 roku. To tutaj odezwał się kolejny raz ból pod kolanem wywołany torbielą (o dziwo podczas siedzenia w pracy), której nabawiłem się w grudniu na treningu rowerowym, oraz inne nagłe dolegliwości (skąd się wzięły ???) związane z kolanami. O złamanej sztycy i chronicznym bólu nóg nie będę już zanudzał. I tak można by w nieskończoność...

Acha, Poznań... Lotto Poznań Triathlon – impreza dla prawie 1600 zawodników, której trasa pływacka, rowerowa i biegowa objęły swoim zasięgiem zarówno centrum Poznania, jak i drogę krajową nr 92 z Kostrzynem włącznie.

Impreza rozgrywana na dwóch dystansach – 1/4 Ironmana oraz 1/2 Ironmana. To musiało się udać – po złych warunkach atmosferycznych, nieudolności, wywrotce i trudnej technicznie (przynajmniej dla mnie) trasie rowerowej w Mrągowie, wynik w „połówce” na poziomie 4:45:00, a na pewno poniżej 5 godzin, wydawał się być na wyciagnięcie ręki, wystarczyło tylko wstać z łóżka. Nawet zapowiadana na niedzielę upalna pogoda nie mogła pokrzyżować planu. Sobotni makaron i sushi zafundowane przez organizatorów miały jedynie wesprzeć organizm w tym działaniu.

Niedziela więc zaczęła się od całonocnej burzy, z gradem na czele. Poranek, w towarzystwie zachmurzonego nieba był chłodny, ale biorąc pod uwagę odwieczne prawa natury, że z każdą godziną będzie nieco cieplej (co miało znaczenie przede wszystkim na rowerze), można było patrzeć optymistycznie w przyszłość, zwłaszcza, że na słońce się nie zanosiło.

Po śniadaniu, w drodze na start zaczęło lekko kapać z nieba. Właściwie to nie miało znaczenia, bo w jeziorze maltańskim wilgotność jest nieco wyższa. Ważne, aby buty w strefie zmian się nie zamoczyły, no ale po mrągowskich doświadczeniach są dobrze zabezpieczone.

Ale jest cos dziwnego. Zazwyczaj na tym etapie dnia startowego, aż po sam jego koniec jestem otumaniony, z ograniczonym dostępem do bazy. Tym razem w pełni przytomny. Ciekawe...

Ląduję w wodzie, oczekuję na start. Te kilka minut poświęciłem na ogrzanie pianki od środka i jestem gotowy. Ustawiony w niezłym, luźnym miejscu, w pierwszym szeregu czekam na strzał armatni oznaczający start pływania. Ale znowu niepokojące informacje dochodzą z okolic pęcherza; niestety jednak działo buchnęło i trzeba było ruszyć w trasę. O dziwo nie jest źle, nie jestem ostatni. Płynę więc i płynę, natura jednak coraz bardziej daje znać o sobie. Próby rozluźnienia się spełzły na niczym. Podjąłem męską decyzję: sikamy w najbliższych, wolnych krzaczorach na trasie rowerowej. Jeszcze mą głowę zaprzątnęła filozoficzna myśl „ciekawe czy jakbym znalazł się na kontroli antydopingowej lub na stacji benzynowej ustawiła się za mną kolejka do jedynego pisuaru to też byłoby tak łatwo...?”

I nagle, około siedemsetnego metra, a na pewno na wysokości Term Maltańskich, te ambitne rozmyślania przerwał ogromny ból barku, doprowadzający do odrętwienia prawą rękę. Kurcze, jak tu pływać bez rąk?!!! To znaczy można, tylko po co? No nic, robić swoje trzeba, tu się nie zatrzymam – na środku jeziora? W życiu!!! Boję się!!! Lecim dalej...

Nie wiem, czy o barku zapomniałem, czy on o mnie, ale dopłynąłem. Zmierzam ku wyjściu. Wolontariusz podaje mi pomocną dłoń, a ja pijackim (ach) truchtoszlaczkiem zmierzam po rower, i to pod górkę. To był znak. Jeszcze usłyszałem zza światów, że jestem jedenasty, czyli ktoś jeszcze za mną został. Czas 0:28:36, słabo, do poprawki.

W strefie zmian, szybkie pozbycie się pianki. Na nogach już buty rowerowe. Moja konstrukcja ciała, zaprojektowana parę lat temu przez Rodziców, spowodowała, że długie już oczekiwanie na odpowiedni rozmiar butów triathlonowych, które mogłyby na mnie czekać wpięte w pedałach, wciąż uniemożliwia mi szybsze wybiegnięcie ze strefy zmian i sprawne rozpoczęcie jazdy, a następnie jej zakończenie. Podobnie ma się rzecz z koszulami, obuwiem, kurtkami, spodniami i długo by wymieniać...

Teraz ląduje na głowie wczoraj zakupiony przez moją Szanowną Małżonkę kask aero (może trochę przerost formy nad treścią, ale technologie to nieodłączna część sportu i te zawody triathlonowe – gdzieby nie spojrzeć - festiwal próżności :) ) no i dupa – wyskoczył mi zatrzask z obudowy. O dziwo poradziłem sobie – już nic złego się nie stanie. Czas zmiany garderoby – 0:02:34, bez rewelacji, do poprawki.

Pyk na rower!!! Aaa wcale nie – tradycyjne stresowe problemy z wpięciem butów w pedały. No już!!! A nieee!!! Jeszcze wciąż prawy but!!! Uwaga płotek!!! No w końcu!!! No to jadziem!!! A nieee!!!! Pasek z numerem zsunął się z klamerki i wylądował na asfalcie!!! Stop!!! No i bryndza, nie poradzę sobie, przecież jestem manualne zero. Do tego rower wykręca mi wpiętą w pedał nogę. I oto zbawienie!!! Jest wolontariusz – po mistrzowsku naprawia mą zgubę i ruszam. Coś jednak z tym pedałowaniem nie tak, ale to dopiero początek, rozkręcę się. Zazwyczaj po około pięciu kilometrach już wiem, że jest dobrze i na mej twarzy pojawia się szyderczy uśmieszek. Tym razem nie. Potwornie bolą nogi. Przełożenie, na którym pracuję, jest za luźne, ale gdy wrzucam cięższe, co prawda prędkość znacznie wzrasta, ale nogi wyją z bólu, wręcz pieką. Nie wytrzymuję, muszę zluzować przerzutkę, by co jakiś czas jednak podkręcić ból.

Do tego tu uciska, tam obciera, kanał jakiś...

Ooo!!! I jest ulewa – tego było trzeba!!! Wszędzie woda, w koleinach, w butach, na szybce od kasku. No to jedziemy na sonarze, może się uda. Mijam Pawła, ten jak zwykle uśmiechnięty – jak on to robi? Widzę Tomka – daje radę, wygląda nieźle.

Koniec picia w bidonie. No tak, wypiłem ale co z krzaczorem??? Co z sikaniem??? Dobra, na bieganiu. Tylko jak w tych okolicznościach przyrody i niskiej sprawności ogólnej wyciągnąć bidon z tylnego koszyczka, nalać do bidonu z przodu i odstawić z powrotem na miejsce? Wyciągnąłem, przelewam, rower gibie się po całej szerokości drogi, przelałem, odstawiam, nie odstawiam, odstawiam??? Nie, wyrzucam. Świetnie, sobie pod koła. Znowu się udało, nie leżę. Oj poleżałbym sobie. Całą trasę marzyłem o czymś, co by mnie wykluczyło z wyścigu. Czułem się źle. W ogólnym rozrachunku cieszę się, że nic takiego mnie spotkało.

Zbliżam się do strefy zmian. Decyduje się na głupi ruch. Wyciągnę z butów nogi i nie będę hulał jak kaleka do swojego stanowiska. Udało się poluzować rzepy, ale ostrożnie, żeby się nie wkręciły w łańcuch (w tym. m.in. przewaga triathlonowych butów). Kurtka na wacie, jeszcze trzeba poluzować, a ja co rusz zbliżam się i oddalam od krawężnika – będzie katastrofa, oj będzie. Jest, tzn. nie ma katastrofy!!! Wyjąłem prawą nogę, na lewą zabrakło odwagi – za słabo poluzowane. Po tej stronie akurat mogłem maksymalnie (chyba) rozpiąć but. Mądry po fakcie...

No i ponownie parodia – jedna noga goła, druga we wpiętym bucie. No i wypiąć z tego wszystkiego nie mogę. Wstyd jak beret, na oczach milionów ludzi. Trudno, może nie widzieli, nieee, na pewno widzieli. Na Plotku, Pudelku, w Fakcie i Super Expresie będzie buzowało, ech... Rower – 2:33:59 – do poprawki.

Jestem już w swojej alejce, raz po raz powtarzam swój numer, aby nie minąć stanowiska. No i coś mnie odłączyło. Kontakt ze światem złapałem dwadzieścia numerów dalej. No rzesz w cara!!! Wracamy... rower odwieszam na za niski jak na mój rower stojak („kochanych Rodziców mam” :) ).

Kask na bok, już tylko buciki i półmaratonik. No jaaaa!!! Wszystko mokre. Kanał... Trudno, ruszam.

Klikam na zegarku, że koniec strefy zmian (0:02:25, do poprawki), a tu na wyświetlaczu – koniec wyścigu (???). Tak po prostu? Bez biegania? Pięknie :) No ale nie, tak się nie da, muszę biec. W którymś momencie, w innym wymiarze, musiałem za bardzo kombinować z przyciskami. Trudno, reset, memory, Siara, ponowny start. A ja już dawno w trasie.

Nie ma tragedii, a nawet, jak na mnie, niepokojąco dobrze, oj niedobrze :) Póki mogę szybko się przemieszczać, to się przemieszczam, będę martwić się później, jak dotrzeć do mety. Pierwsze pięć kilometrów super. Nawet uśmiechnąłem się, coś powiedziałem do mojego cyborga – Żony, fotografa, serwisu, kierowcy i wszystkiego innego w jednym. Pomachałem małej Julce, jej rodzicom i jej czterotygodniowemu braciszkowi – znajomym z Poznania, którzy wspierają mnie przy najgorszej nawet pogodzie (i wtedy, kiedy Julka wpadła do zamarzniętego Jeziora Maltańskiego podczas kwietniowego półmaratonu i gdy teraz przemokła do suchej nitki w trakcie ulewy). No dobrze, pomachałem, pognałem dalej i zakontaktowałem, że przecież wcześniej, całą ekipą dopingowali mnie na trasie kolarskiej. Za chwilę Paweł, po zakończonym przez siebie wyścigu, usadowił się przy barierce, by wesprzeć mnie w tych trudnych dla mnie biegowych chwilach. Kurcze, on się znowu uśmiecha...

Nie wiem, jak długo było dobrze, ale na pierwszym bufecie drugiego okrążenia już nie było w pytkę. Napiłem się, ale żel to była zasadzka – coś czego nie dało się przełknąć bez popitki (tak, są takie rzeczy). I tak bardzo gęstą substancję wyplułem, oczekując błagalnie kolejnej jadłodajni, aby przepić resztki. Jak na złość na trasie nie leżała żadna napoczęta butelka (wydawało mi się, że wcześniej było tego pełno), a i asortyment w koszach na śmieci pozostawał wiele do życzenia.  Powoli przybieram wygląd skrzyżowania zombie z menelem.

Na domiar złego niewinnie za chmur wyjrzało uśmiechnięte słoneczko, które zaczęło agresywnie dobierać się do umysłów i zapasów wody licznie zgromadzonych na trasie biegaczy. Tu po raz kolejny w trakcie wyścigu wzięło mnie na rozmyślania, „ciekawe, czy gdybym tak w tym momencie leżał na plaży i oczekiwał promieni słonecznych, to bym się na nie odczekał?”. Jejku!!! A siku??? Wszędzie ludzie, brak krzaczorów, po drugiej stronie są jakieś. Już wiozę ten towar ze trzy godziny. Ufff, ulga. Lecim...

Jest woda, iso, banany, może dobiegnę...

Lecę, znowu moja ekipa, ale już poza orbitą, walczę z toczącym od wielu dni moje nogi bólem. Jakaś niewiasta grozi, że ostatni w wyścigu będzie musiał z nią wziąć ślub – skuteczny argument do przyspieszenia. Uśmiechnięty Paweł. Boli coraz bardziej, ale nie stanę. Bufet – dwa kubki wlane do baku, trzeci na popitkę, żel, popitka, hulamy. O, Adam wybrał się na powyścigowy spacer. Machnęliśmy sobie...

Trzecie okrążenie, niestety najsłabsze; tradycyjnie odcięty od świata, choć w okolicach mety za każdym razem nabieram sił. Wolontariusze, kibice pomagają, choć nie mogę im się odwdzięczyć uśmiechem. Uśmiechnięty, ale przejęty moim wyglądem za to jest Paweł. Oferuje czapkę. Uprzejmie dziękuję.

Wskakuję na ostatni, czwarty odcinek. Zaczynam przyspieszać, ciekawe jak? Ale jednak. Ocho, mokre buty dają znać o sobie. Niemalże gwałtownie zaczęła bolec mnie obcierka, coraz mocniej. Gdybym miał do przebiegnięcia więcej, niż trzy kilometry, musiałbym zdjąć obuwie i biec na bosaka. Czuję, że stawiam źle stopę, ale w ten sposób mniej boli.

Widzę metę, przeczłapuję ją (bieganie 1:59:14, totalne dno, nawet jak na mnie. Wynik uważam za nie były.), za nią mój Cyborg z aparatem (powinna być zadowolona, w końcu kupiłem jej wczoraj pierścionek :) ), wpadamy sobie w ramiona, jeszcze dalej uśmiechnięty Paweł. Odbieram medal. Gaworzymy, złe przeżycia odeszły :) Zdjąłem szybko buty, wisi skóra – nie potrzebna mi, zostaje w Poznaniu. Chwilowa wymiana powyścigowych wrażeń z Przemkiem – przyjacielem ekipy. Banan, arbuz, iso.

Na koniec niespodzianka – medal od małej Julki!!! Sama zrobiła!!!

Jestem bezpieczny, już nic mi nie grozi. Acha, głupolu!!! A pszczoła? No tak, jak ona się znalazła pod moją stopą? Przyglądam się – stopa, żądło, coś i pszczoła. Uśmiechnięty Paweł pozbył się owada, ja żądła, jest git, to już koniec.

Jeszcze tylko przystaweczka w poznańskim KFC, a główne danie i wyżera w ekskluzywnej restauracji spod marki Burger Kinga, pyszności :) Tyle czekałem na tę chwilę :)

Teraz tylko trzy tygodnie na pozbycie się bólu nóg, złapanie świeżości i jazda na główny start – Ironman 70.3 w Zell Am See. Planowane na ten sezon kosmiczne 4:30, teoretycznie niemożliwe raczej do zrealizowania, nie przy takim bieganiu. Na początku roku koledzy wyśmiali mnie, że nie dam rady. Ale nie poddam się. Jeżeli dalekie od życiówki poznańskie 5:06:48 zostało zrobione w czasie wielkiego kryzysu, to mam szansę. Mam ją dopóki wierzę, a wierzę... „Jeśli wiara czyni cuda, my wierzymy, że się uda!!!” :)

Z perspektywy czasu widzę, że relacja ta jest nadto dramatyczna, ale wtedy tak się czułem. To był mój najbardziej kryzysowy, sportowy dzień od dłuższego czasu, ale nic to, już czekam niecierpliwie na wrzesień :) Nie można przy tym zapomnieć o naszej ekipie startującej 11 sierpnia w Gdyni. Powodzenia !!!

lew

 

Człowiek, który pokonał Papieża (Okiem Motylka)

Start w LOTTO POZnań Triathlon na dystansie ćwiartki Ironmana był ostatnim z trzech startów, jakie zaplanowałem sobie na pierwszy rok występów w triathlonie.

Jak na każdych zawodach, nie obyło się bez przygód. Tym razem natury logistycznej. Na zawody do Poznania (największe w historii triathlonu w Polsce) zjechało tyle ludzi, że okoliczne campingi nie przyjmowały już spragnionych noclegu chętnych. W końcu nocleg znalazł się gdzieś w centrum stolicy Wielkopolski, w mieszkaniu nad sklepem spożywczym o malowniczej nazwie Małpka. Odgłosy miejscowych konsumentów napojów wyskokowych oraz burza, która przeszła w nocy, nie ułatwiły jednak wypoczynku i sumaryczny czas snu w nocy przed startem oceniam na jakieś 4 godziny.

A już o 7.30 zbiórka nad Maltą. Strefa zmian na półtora tysiąca rowerów wprawiła mnie w pewne onieśmielenie... A widok prawie siedmiuset białych czepków w wodzie jeziora Malta sugerował, że nie będzie łatwo się przebić. Przybiliśmy piątkę z Adamem i do wody! O 9 nad naszymi głowami przeleciały samoloty z grupy Żelazny, pomachały skrzydłami, huknął strzał z armaty i ruszyliśmy! O dziwo płynęło się w miarę spokojnie, bez paniki, jedna bojka, druga, trzecia bojka kurde bele leci... Wyszedłem z wody po 20 minutach, poprawiając o 4 minuty czas z Malborka. Znaczy się jest dobrze!

Trasa rowerowa prowadziła do Kostrzyna i z powrotem, w jej trakcie zaczęło na początku lekko, a potem coraz bardziej padać. Na samym początku wyprzedził mnie sam „Papież” Adamczyk na wypasionym rowerze do czasówek i postanowiłem mu nie popuścić ;). W końcu nawet najlepszy rower jest tylko dodatkiem do człowieka, nawet jeśli ten człowiek jest Papieżem. Po 40 kilometrach ścigania, w końcu udało mi się odskoczyć Papieżowi na podjeździe przed Poznaniem i nie oddałem już przewagi do końca, wykręcając średnią prędkość na odcinku rowerowym prawie 35 km/h.

Im bliżej strefy zmian, tym bardziej lało, zrobiło się ślisko i kilku kolesi przede mną zaliczyło spektakularne spotkanie z asfaltem na zakręcie. Współczuję!

Na koniec zostały dwa kółka po 5 km biegiem dookoła Malty. Niebiosa tego dnia były łaskawe i zafundowały najlepsze możliwe chłodzenie w postaci orzeźwiającej ulewy. Coś pięknego! I chociaż nogi miałem trochę ciężkie, udało się zejść z tempem poniżej 5 min/km. Przyzwoicie, choć, jak to mówią, d... nie urywa.

W końcu meta, akurat jak zaczęło się w miarę dobrze biec. Czas łączny na mecie 2:37, jestem w szoku. To o 9 minut lepiej, niż dwa miesiące wcześniej na tym samym dystansie w Malborku! A to oznacza, że nauka nie idzie w las, a treningi przynoszą efekty. I z tym optymistycznym przesłaniem kończę swój pierwszy sezon przygody z triathlonem; teraz czas na solidną pracę (a raczej naukę) nad pływaniem, ogólne wzmocnienie przez zimę, poprawę biegania – i za rok wracamy do gry! A nuż się skuszę na 1/2 Ironmana...

P.S. Wielkie brawa dla organizatorów. Od przyjazdu do Poznania było widać, że to ważne wydarzenie dla miasta. Plakaty, świetni wolontariusze, atrakcje dla kibiców, wszystko przygotowane na wysokim poziomie (ech, to zimne piwko w strefie finiszera)! Ciekawe, czy Warszawa doczeka się kiedyś podobnej imprezy...

Motyl

 

Okiem Adam

Do Poznania przyjechałem, bo chciałem mimo wszystko zaliczyć dwie największe imprezy triathlonowe w Polsce, czyli Lotto Poznań Triathlon oraz Herbalife Triathlon Gdynia. Jako główny start wybrałem Gdynie, a stolicę Wielkopolski jako przetarcie przed zawodami w Trójmieście.

Jeszcze dzień przed zawodami w upał 36 stopni Celsjusza cieszyłem się, że startuję tylko na krótkim dystansie. Jednakże rano pogoda niemal idealna. 20 stopni bez wiatru, zachmurzenie duże, więc automatycznie pojawiły się głupie myśli, że może targnę się na zeszłoroczny czas z Malborka 2 h 28 min. Na szczęście kasza, którą przygotowałem sobie dzień wcześniej na śniadanie (po to żeby nie truć się niczym na miejscu) włączyła przycisk alert w moich zamierzeniach i sprowadzając mnie na ziemię znalazła się w Maltańskich krzakach na 40 min przed startem. We wspomnieniach smakowała tylko trochę dziwnie. Prażony sezam i banan zamaskowały zdradę tzw. jaglanki, która sprawdzała się u mnie od paru lat.

Zakładając piankę wiedziałem już, że idę na skazanie. Idąc w stronę strefy pływackiej głowa była jeszcze trochę opuszczona. Na szczęście spotkałem Pawła, który rzucił, że zjem banana po pływaniu i będzie dobrze. :) Strzał z armaty, pływanie 15 min i na rower. Tam 3 żele przy ramie i isotnic w koszyku. Żele na rowerze są do dziś, a 0,7 elektrolitu zacząłem wciągać dopiero od 15 km. Ten był przełomowy, bo od tego momentu zacząłem naciskać na pedały. Wcześniej zastanawiałem się, czy nie skończyć spokojnie na rowerze i zjechać od razu do samochodu. No, ale jakoś poszło. 1 h 19 min i zszedłem z roweru.

Na biegu piłem tylko wodę. Dwa kółka ze średnią 4:38 / km i okropnym ściskiem w brzuchu i w nagrodę 61 miejsce na 643 startujących z czasem 2 h 31 min.

Podsumowując i na zakończenie: do Gdyni jadę na połóweczkę po ćwiarteczce z oklepanym nastawieniem: „Co Cie nie zabije to Cię wzmocni”!

Adam

 

Wyniki:

Dystans 1/2 Ironman:

M-ce Klas. Gen. Imię i Nazwisko Pływanie 1. zmiana Rower 2. zmiana Bieg Wynik
75 Janusz Lew-Mirski 00:28:36 00:02:34 02:33:59 00:02:25 01:59:14 05:06:48
166 Tomasz Rachwalik 00:34:56 00:03:19 02:44:13 00:02:46 01:59:57 05:25:11

Dystans 1/4 Ironman:

M-ce Klas. Gen. Imię i Nazwisko Pływanie 1. zmiana Rower 2. zmiana Bieg Wynik
61 Adam Sułowski 00:15:33 00:03:09 01:20:20 00:01:54 00:50:26 02:31:22
 108  Paweł Motel 00:20:31 00:02:57 01:19:17 00:01:52 00:52:51 02:37:28

Źródło: własne, fot. AMI

Share
Free Joomla Template created by College Jacke