UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Kolejna, ciężka treningowa niedziela... (+foto, +film)

Utworzono: 07 lipiec 2013
AMI

W niedzielę, 30 czerwca, odbyły się w Mrągowie premierowe zawody z nowego cyklu triathlonowych imprez - Volvo Triathlon Series (pozostałe rozegrane zostaną w Mikołajkach i Chodzieży). Na Mazurach nie zabrało także reprezentantów AKS Polonia Warszawa - Tomka Panufnika, który startował na dystansie 1/4 IM, Tomka Rachwalika oraz Janusza Lew-Mirskiego, którzy zdecydowali się na start na dystansie 1/2 IM. Dla naszych zawodników Mrągowo było jednak tylko treningowym przystankiem do głównych startów obecnego sezonu.

Część ekipy przybyła do Mrągowa już w piątek wieczorem, a za bazę wybrali rodzinny Hotel Anek, w którym nie brakowało im niczego, wraz z domowym spaghetti, świeżymi rybami oraz ciepłą i przyjazną atmosferą.

Już tego samego dnia wieczorem lew wyskoczył na rekonesans trasy kolarskiej i wrócił z niemrawą miną. Według jego oceny trasa była wymagająca technicznie, z licznym zakrętami i wzniesieniami. Na pytanie Torpeda, czy wyruszą razem na sobotni test trasy, lew zdecydowanie odmówił, twierdząc, że ogranicza ryzyko na załapanie bolesnej gleby. Jak powiedział tak... nie zrobił i o godzinie 8 rano siedział na rowerze w towarzystwie Tomka, przewidując najgorsze scenariusze na niedzielny wyścig. Z Polonistami podążał jeden z właścicieli Hotelu Anek, były pływak warszawskiej Polonii, który - o zgrozo - odstawił naszych triathlonistów na „góralu” na dobre kilkaset metrów. Czary goryczy dopełnił bruk w centrum Mrągowa, stanowiący kilkusetmetrową część trasy, którą Torped będzie musiał pokonać dwukrotnie, a Tomek z Januszem czterokrotnie. Chłopakom pozostało jedynie rodzinne spędzenie czasu wśród dzików, kóz, kotów i koni :)

Popołudnie to odbiór pakietów startowych i łapanie atmosfery, oraz ładowanie się adrenaliną. Sprawdzony został każdy metr strefy zmian, dokonano przeglądu rowerów, a w hotelu pozostało przygotowanie sprzętu i odżywek do niedzielnego wyścigu.

Niedzielny poranek to tradycyjna nerwowa dygawka i problemy żołądkowe, które - oprócz standardowych metod pozbycia się ich - wymagały jeszcze interwencji sił ulokowanych głęboko w mózgu.

Lew z Tomkiem musieli stawić się w strefie startu znacznie wcześniej, gdyż ich start zaplanowany był na godzinę 9:00, Torped zaś przyfarcił i porannego śpiocha mógł zebrać z oka godzinę i czterdzieści pięć minut później - jego taplanie w wodzie zaczynało się o godzinie 10:45.

Po doświadczeniu ze startu w Malborku, gdy Janusz bez rozgrzewki przystąpił do zawodów i po kilkudziesięciu metrach zakwasił się tak, że ledwo ukończył pływanie, tym razem postanowił wykonać kilka popisowych pląsów w arenie niedzielnego pływania - jeziorze Czos.

Nadeszła pora na chwilę oddechu, aby ponownie znaleźć się w wodzie. Lew, jak typowy drapieżnik, wybrał sobie dogodne miejsce do ataku.

I start !!!

Część moczenia odcisków w wodzie przebiegła spokojnie, bez mordobicia i kopania po głowie. Janusz tradycyjnie złapał kryzys po ok. 300 metrach i rozpoczął poszukiwania dogodnego wyjścia na brzeg, ale fakt prowadzenia, a potem utrzymywania drugiej pozycji, pozwolił mu dotrwać do końca. Nie omieszkał, jak na prawdziwego dżentelmena przystało, pomóc pewnej niewieście w wysunięciu się jej na pozycję wicelidera. Jak się okazało na koniec wyścigu, była to Aleksandra Sypniewska - najszybsza kobieta na Mrągowskiej połówce (wywiad z ową damą tutaj [>>] - przyp. red.).

Nareszcie koniec pierwszej konkurencji - lew trzeci z wynikiem 0:25:16, dwudziesty Tomek Rachwalik z wynikiem 0:31:15.

W strefie zmian, przy profesjonalnie opisanym nazwiskiem i numerem startowym stanowisku, dokonana została zmiana garderoby i wraz z szalejącym błędnikiem lew udał się na dziewięćdziesięciokilometrową rowerową przejażdżkę, składająca się z czterech rund.

Już na dzień dobry zaistniał stresowy problem wpięcia butów w pedały, aby zaraz potem cały organizm wytrząsał sią kostce brukowej. Następnie kilka podjazdów, zakrętów, wyprzedzenie znajomej z jeziora, nawrotka i powrót. Taki „ekscytujący” stan rzeczy trwał do trzeciej rundy, gdy lunął deszcz, a to już impreza dla wytrawnych kolarzy.

Na koniec trzeciej rundy, dzięki ostrzeżeniom zawodników z czołówki i kibiców, rewolucyjna czujność Janusza pozwoliła uniknąć upadku na wybrukowanym zakręcie, który udało się pokonać jak kierowca rajdowy na ręcznym. Rozochocony tym stanem rzeczy nabrał ochoty na szybszą jazdę po niełatwej trasie. Tym czasem zrobiło się na niej tłoczniej, gdyż wyskoczyli na rowery „ćwiartkowcy” z Torpedem w stawce, który swój start rozpoczął z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem, gdyż bojki wyznaczające na Czosie dystans, odmówiły posłuszeństwa i postanowiły oddalić się od miejsca zawodów. W końcu do startu doszło, a Torped opuścił zbiornik wodny z dobrym wynikiem 0:17:24

Rowerowa część zawodów to plaga upadków – Tomka zgubiła technologia, gdyż świeżo nabyty bidon aero tak skupił  jego uwagę w trakcie sączenia izotonika, że nie spostrzegł się, gdy jego ciało weszło w syntezę z asfaltem i piachem. Przy okazji Tomek sprawdził, czy nie przepłacił za kask, po czym doszedł do wniosku, że inwestycja w pełni się zwróciła. W wyniku tego zdarzenia, dziwnych i większych kształtów nabrał łokieć, bark zmienił zabarwienie oraz stan skupienia. Tomek to twardy chłopak i o sprawie przypomniał sobie dopiero na mecie wyścigu. Wcześniej jednak postanowił na bruku sprawdzić ponownie umiejętność wykonywania padów, na co wybrał bezpieczne miejsce w brudnej kałuży.

Torped zaś nie jest w stanie żyć, gdy raz na tydzień nie zaliczy gleby. Po zeszłotygodniowym kontakcie z nawierzchnią w trakcie Drużynowych Mistrzostw Polski MTB w Urlach, na których reprezentował Polonię Warszawa MTB, tym razem jego brawurowa jazda została przetestowana w okolicach tego samego miejsca, co reszty uczestników. Kolejne sznyty nie zrobiły na nim większego wrażena i spokojnie udał się na dalszą przejażdżkę. Próbował jeszcze pompką do roweru, rzutem przez ulicę znokautować Karolę – naszego serwisanta, KOwca, fotoreportera, menadżera, nianię, wolontariusza i kierowcę, ale jak na człowieka cyborga przystało, ta umiejętnie złapała latający obiekt centymetr przed twarzą.

Lew jak zwykle nie posłuchał Taty i sponsora w jednym, gdy ten krzyczał, aby w tym miejscu przestał pedałować. Janusz tylko drwiąco odkrzyknął „taaa, przestanę…”, po czym z gracją przyjął ulubioną pozycję leżingową. Upadek ten był niestety efektem braku choćby podstawowej wiedzy na temat praw fizyki i związanych z tym umiejętności kolarskich, ale jak przyznał po wyścigu "fajnie było...". Z uwagi na brak czasu i chroniczne obrzydzenie do majsterkowania, zrezygnował z założenia zaklinowanego łańcucha i ostatnie 200 metrów trasy rowerowej pokonał... na nogach, bez butów, z rowerem na ramieniu :) Obuwie przejął człowiek cyborg, który tego dnia był wszędzie.

Poloniści ukończyli rower z wynikami, które w lepszych warunkach byłyby na pewno na wyższym poziomie; i tak: 90 km Tomek przejechał w czasie 02:57:11, Janusz w czasie 2:38:12, a Torped 45 km w czasie 1:28:44.

Pozostało już tylko 21,1 km biegu. Lew w strefie zmian zastał mokre skarpetki i buty, co spowodowało silne obtarcia stóp, których stan dał znać o sobie ok. 8 kilometra i nie daje spokoju do dzisiaj. Wcześniej Janusza wyprzedzili kandydaci do podium oraz znajoma z jeziora - Aleksandra Sypniewska.

Pokazał mu także jak się biega Tomek Rachwalik, chwilę później Torped oraz cała masa innych biegaczy. Całe szczęście dla niego zabrakło zawodników z różnymi dolegliwościami, które w ogólnej opinii społecznej nie pozwalają na uprawianie sportu, co oczywiście jest fałszywym twierdzeniem, a Janusz z takimi przeciwnikami ma smutne doświadczenia :) co prawda już odległe ale uraz pozostał :)

Chłopaki zakończyli bieg z następującymi wynikami na 21,1 km Tomek - 01:48:33, Janusz - 1:53:40, Torped – 0:51:28 na 10,5 km.

Polonistom towarzyszył głośny doping bliskich, ekipy z Hotelu Anek i znajomych. Dzięki ich zaangażowaniu i wsparciu naszym reprezentantom udało się osiągnąć naprawdę, jak na okres przygotowań, niezłe rezultaty:

Dystans 1/2 IM:
Janusz Lew-Mirski: 5:00:35, 13 miejsce Open, 5 miejsce kat. M2 - 1,9 km pływanie 0:25:16/T1 0:01:50/90 km rower 2:38:12/T2 0:01:37/21,1 km bieg 01:53:40
Tomasz Rachwalik: 5:21:33, 25 miejsce Open, 6 miejsce kat. M3 - 1,9 km pływanie 0:31:15/T1 0:02:46/90 km rower 2:57:11/T2 0:01:48/21,1 km bieg 01:48:33

Dystans 1/4 IM:
Tomasz Panufnik: 2:41:06, 86 miejsce Open, 47 miejsce kat. M2 - 0,95 km pływanie 0:17:24/T1 0:02:16/90 km rower 01:28:44/T2 0:01:14/21,1 km bieg 0:51:28

Z naszą ekipą, przez cały pobyt i wyścig integrował się Oskar Kapala, były pływak warszawskiej Polonii, wraz żoną, synem Tymkiem i świeżo narodzoną córeczką Hanią. Oskar zadebiutował w triathlonie na dystansie 1/4 IM, z bardzo dobrym pływaniem, rowerem górskim (szosóweczka, szosóweczka :) ) i niezłym biegiem.

Reasumując, paradoksalnie ciężkie warunki atmosferyczne i drogowe to jeden z wielu dobrych elementów wyścigu, gdyż Poloniści zebrali pozytywne doświadczenia, praktyczną, a nie powszechną, teoretyczną szkołę triathlonu i pobrali, jedynie za cenę wpisowego do zawodów, porządną naukę przed głównymi startami - dla Tomka w Lotto Poznań Triathlon 4 sierpnia, a dla Torpeda i lwa w Ironman 70.3 w Zell am See 1 września.

Już niebawem kolejne wyścigi z udziałem przedstawicieli Czarnych Koszul, którzy liczą na gorący doping kibiców.

Zawodnicy jedynie pragną przeprosić swoje rodziny – żony, dzieci, rodziców, kochanki, kolegów i koleżanki z pracy, przechodniów, kierowców autobusów, panie w sklepie, że tak często ich zaniedbują, wolne chwile wykorzystują na trening i gadają tylko o jednym, ale na Boga !!! Co ci faceci mają robić ??? Walić tylko browar, przerzucać program w telewizorze, wpitalać w kółko karkówkę, chodzić na dupy (opcja owszem przyjemna) i zapuszczać bebech ? Uwierzcie, wtedy byłby dopiero krzyk… Oni jednak zrobią wszystko, aby Wam to wynagrodzić, choć nie zawsze im to wychodzi…

Dziękujemy Ani, Victorii, AMI, Alicji, Filipowi, Soni i wszystkim kibicom i zgromadzonym :)

Tekst: L., fot. AMI, Ana

Share
Free Joomla Template created by College Jacke