UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Relacja z Wyprawy w Karkonosze [cz.1/3]

Utworzono: 07 luty 2013
Redakcja

poloniatt1Zapraszamy do przeczytania pierwszej części realcji z wyprawy w Karkonosze. Była to inauguracyjna wyprawa Towarzystwa Turystycznego działającego w ramach AKS Polonia Warszawa. Trzy dni opisane okiem trzech osób - uczestników wyprawy - Pawła, Piotrka i Marcina. Tona wrażeń!

Paweł: Jakiś czas temu poczułem silną potrzebę ustrukturalizowania mojego chodzenia po górach. Na pomysł założenia sekcji turystycznej pod nazwą Towarzystwo Turystyczne Polonia Warszawa wpłynęło wiele czynników. Po pierwsze to, że w albumie wydanym na stulecie klubu jest wzmianka, że taka sekcja przy klubie Polonia Warszawa istniała w latach 1954-1956. Nic o niej więcej nie wiadomo: dlaczego tak krótko, czy skupiała wielu członków, czy była odgórnie narzucona, czy raczej była to czyjaś inicjatywa? Po drugie od kilku lat w towarzystwie bliskich mi ludzi przemierzałem szlaki górskie i jakoś tak wychodziło, że w większości i oni byli zamieszani w kibicowanie piłkarzom z Konwiktorskiej. Po trzecie fajnie się jakoś nazywać i sławić dobre imię ponadstuletniego klubu sportowego, do którego miłość nie jest do końca logicznie wytłumaczalna. Po czwarte i tak przemierzaliśmy góry w szalikach i czapkach w biało-czerwono-czarnych barwach. Po piąte wpisało się to w ogólny trend wśród naszych kibiców wskrzeszania idei amatorskiego sportu, za który - myśląc współcześnie - płaci się, żeby go uprawiać, a nie uprawia, żeby zarabiać. Dla spostrzegawczych zostawiam wnioski, gdzie jest więcej zaangażowania, ducha i hartu.

Pierwszym oficjalnym wyjazdem naszej sekcji turystycznej miała być zimowa wyprawa w Karkonosze. Wybraliśmy się we trzech: Marcin (0 razy w górach w zimie), Piotrek (0 razy w górach w zimie) i Paweł (4 razy w górach w zimie).

Obrazek-1 

Piotrek: W góry jedziemy w trójkę: Paweł, Marcin i ja. Pomysłodawcą przedsięwzięcia jest Paweł, który w Karkonoszach był wielokrotnie, w tym także zimą. Dla naszej pozostałej dwójki jest to pierwszy zimowy wypad. Ostatnie dni przed wyprawą upływają na gorączkowym zdobywaniu niezbędnych, adekwatnych do zimowych warunków sprzętów i odzieży. Szczęśliwie większość udaje się kupić niedrogo w dyskontach i lumpeksach albo wypożyczyć od znajomych.

Wreszcie przychodzi upragniony dzień wyjazdu. Piątek, 5 stycznia 2013, pakujemy się do nocnego pociągu do Jeleniej Góry. Naszą towarzyszką podróży okazuje się emerytowana kierowniczka domu kultury w Wałbrzychu, która, gdy poznaje cel i ideę przyświecającą naszej wyprawie, stwierdza, że „prawdziwe z nas oryginały". Nie robi też problemów, gdy Paweł częstuje nas piwem Walońskim, które jak tłumaczy, wzięło swą nazwę od Walonów, którzy we wczesnym średniowieczu zamieszkiwali rejon Karkonoszy. Piwo smakuje dobrze, wkrótce zasypiamy kołysani do snu przez podskakujący na szynach wagon.
Do Jeleniej Góry docieramy w sobotę po 9.30.

Obrazek-2

Marcin: Tanie kuszety PKP to jest to. Człowiek leży jak maharadża, pociąg turkoce, za oknem noc i raz na jakiś czas widmowe światła jak majaki. Pani z przedziału miała na imię Maria, pogadaliśmy trochę o kulturze i niesamowitości Wałbrzycha. O tajemniczych osiedlach i upadłych kopalniach. Rano po przebudzeniu mieliśmy namiastkę tego klimatu, patrząc przez okno. Pachniało węglem i wilgocią. Chyba za Sędzisławiem Paweł złapał przypadkowo w kamerze, jak mija nas po sąsiednim torze podmiejszczak.

Paweł: Wyjechaliśmy z Warszawy w nocy z Dworca Centralnego, aby w okolicach godziny 11 następnego dnia być na szlaku. Plan był taki, aby przez trzy dni przejść górami ze Szklarskiej Poręby do Karpacza. Główne pytanie, które nas nurtowało: jaką pogodę zastaniemy na miejscu i jak w razie załamania pogody zweryfikować trasę. Pierwszy dzień marszu był dla nas najtrudniejszy i najbardziej wyczerpujący. Noc w pociągu, choć spędzona w wagonie sypialnym, nie dała nam poczucia wypoczęcia i świeżości.

Piotrek: Pod dworcem kolejowym w Jeleniej Górze łapiemy samochodową podwózkę do Huty pod Szklarską Porębą. Tutejsza pogoda nie zachęca do wędrówki, co więcej w ogóle nie ma znaków zimy. Temperatura przekracza 10 st. Celsjusza na plusie, leje deszcz. Przez moment zastanawiamy się, czy nie warto zielonym szlakiem iść prosto do schroniska „Pod Łabskim Szczytem". Wspólnie jednak postanawiamy, że nie po to wyjechaliśmy z Warszawy, żeby grzać się pod piecem. Zaczynamy więc naszą podróż szlakiem czerwonym, ku grzbietowi Karkonoszy.

Marcin: Młody busiarz podwozi nas na przystanek PKS Szklarska Poręba Huta i oto pierwsze zdziwienie: zero śniegu. Początek stycznia i deszcz jak diabeł. Nic to. Osłony wodoodporne na plecaki, mandarynka, baton – i w drogę. Po prawej stronie opuszczone zabudowania. Czytamy później: „W 1842 r. dochodzi do otwarcia największej i najnowocześniejszej huty szkła w Szklarskie Porębie "Józefina". Była to przez lata jedna z najlepszych hut na świecie. Dziś zabytkowe budynki znajdują się w stanie dewastacji".

Obrazek-3

Paweł: Szklarska Poręba przywitała nas deszczem. Plan na pierwszy dzień był następujący: Szklarska Poręba - Wodospad Kamieńczyk - Hala Szrenicka – Szrenica - Trzy Świnki w kierunku Łabskiego Szczytu i przed Szczytem zejście szlakiem zimowym tzw. Mokrą Ścieżką do Schroniska pod Łabskim Szczytem.
Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy wodospadzie, gdzie płacąc po piątce od głowy dostaliśmy na nie kaski i weszliśmy do wąwozu, który do tej pory robi na mnie wrażenie, choć byłem tam kilkukrotnie. Marcin stwierdził, że był tu około 20 lat temu z rodzicami i też mu się podobało, Piotrek nic nie mówił - może oniemiał z zachwytu, a może po prostu jest małomówny.

Piotrek: Pierwszy przystanek robimy przy Wąwozie Kamieńczyka, który zwiedzamy. Chwilę potem przekraczamy granicę Karkonoskiego Parku Narodowego. Od razu pojawiają się pierwsze trudności - musimy założyć raki. Oblodzony szlak uniemożliwia zrobienie dwóch kroków w górę o gołej podeszwie. Zabieg z rakami jednak szybko się opłaca. Im wyżej, tym deszcz bardziej marznie i zamienia się w śnieg. Wreszcie widzimy prawdziwą zimę, która nie opuści nas już do poniedziałkowego zejścia z gór do Karpacza.

Paweł: Pierwsze perypetie mieliśmy już przy chatce pilnującej wejścia do Parku Narodowego. Latem szeroka turystyczna autostrada – teraz zamieniła się w lodową ślizgawkę.
„Tak prędko raki?" – przeleciało nam przez głowy, ale nikt tego nie wypowiedział. Decyzja zapadła. Marcin mówił przed wyjazdem, że rozpracował już nowokupione raki, a teraz sprzecznie z prawami fizyki założył je tył na przód i dumnie czekał na Piotrka, który się ze swoimi jeszcze męczył. Marcin poprawił raki, a Piotrowi spadały po drodze, bo miał zbyt miękkie podeszwy w butach do starych raków z demobilu.

Marcin: Prawdą jest, że przyodziałem raki tył na przód, bo potraktowałem po macoszemu naukę ich zakładania jeszcze w domu. Szkoda mi było podłogi, wierzyłem, że się nie przydadzą. Założone już właściwie, okazały się szalenie wygodne i rozważam łażenie w nich częściej, nie tylko po lodzie.

Obrazek-4

Paweł: Na Halę Szrenicką dotarliśmy z potwornym opóźnieniem. Piotrowi spadały raki, a później, gdy lód zamienił się w śnieg, ciężko szło się mnie i Marcinowi. Piotrek maszerował dziarsko już bez kolców, a my we dwóch uparcie ich nie zdejmowaliśmy, bo a nuż się może jeszcze przydadzą...
Tak - mordując się - doszliśmy z Hali do rozdroża pod Szrenicą i - będąc pewnymi, że słońce zachodzi za półtorej godziny oraz mając spore opóźnienie - postanowiliśmy ominąć szczyt i od razu uderzać w stronę Trzech Świnek, a potem halą ku Łabskiemu Szczytowi. Krótki odpoczynek, raki do plecaków i w drogę. Warunki na szlaku, choć dalekie od ideału, zmieniły się na naszą korzyść: widoczność 50 metrów, średni wiatr, deszcz zamienił się w śnieg, a trasa była w miarę ubita. Co logiczne, im wyżej się pniemy, tym wiatr bardziej wzmaga. Jest fajnie, nie liczyliśmy na widoki, liczyliśmy na taką właśnie pogodę. Trasa szła dosyć zgrabnie.

Obrazek-5

Piotrek: Mijamy Halę Szrenicką i stajemy przed kolejnym dylematem. Zastanawiamy się, czy czas pozwala nam wejść na Szrenicę. Decydujemy, że lepiej nie ryzykować marszu po zmroku. Wdrapujemy się więc dalej na grzbiet górskiego pasma czerwonym szlakiem. Tutaj wita nas silny wiatr i gęsta mgła. Nie widzimy nic dalej niż w promieniu stu metrów. Nie ma szans na krajobrazy. Idziemy szybko, robiąc sporadyczne przystanki. Mijamy Sokolicę i zimowym szlakiem („Mokrą Ścieżką") schodzimy w kierunku schroniska „Pod Łabskim". Jest ślisko, maszeruje się bardzo ciężko, bo raki zdjęliśmy jeszcze przed Halą Szrenicką. Zatrzymuje nas wypadek Pawła, który przebija pokrywę śnieżną i grzęźnie butami w potoku. Wyjście z opresji zajmuje mu dłuższą chwilę.

Obrazek-6

Paweł: Ostatni etap, czyli zimowy szlak z hali w stronę Schroniska pod Łabskim Sczytem, tzw. Mokrą Ścieżkę przeszedłem mokrą stopą. Szlak prowadził stromo w dół i był oblodzony. Postanowiłem ułatwić sobie drogę, czego efektem było, że lewa noga wpadła w nieubity śnieg ponad kolano i zassała się w strumieniu. Towarzysze podróży nie pospieszyli mi jednak z pomocą i ze zniecierpliwieniem patrzyli, jak nie mogę wydobyć się z pułapki. Musiałem amputować lewą nogę scyzorykiem. Gdy w końcu doczłapaliśmy do Schroniska o godzinie, o której powinien zapadać zmrok, zorientowaliśmy się, że zapadnie za godzinę i że mogliśmy zdobywać Szrenicę.

Piotrek: Do schroniska docieramy przed godziną 16. Warunki, które zastajemy, są dość spartańskie. Prąd w pokojach włączany jest o godzinie 19 i na krótko. Stwierdzono natomiast obecność ciepłej wody po prysznicem. Wspomniane mankamenty nie przeszkadzają nam na szczęście w zamówieniu porcji ruskich pierogów i szarlotek, które popijamy Skalakami. Tak pokrzepieni, udajemy się na nasze kwatery, gdzie zmęczeni trudami minionego dnia zasypiamy przed godziną 21.

Marcin: Pawłowi należą się przeprosiny za brak pośpieszenia z odsieczą. Amputowaną nogę namoczyliśmy w roztworze z górskich ziół i przyszyliśmy. Nie zgadzam się, że warunki w schronisku były spartańskie. Przed wyprawą, nie mając większego rozeznania w tego typu noclegowniach, spodziewałem się czegoś znacznie gorszego. A tutaj i kaloryfery i solidne łoża i pościel, do tego normalna toaleta, szafka, stół. Czego chcieć więcej? Bardzo porządne miejsce. Zabawny, ironiczny gospodarz za barem.

Paweł: Po sutej kolacji wylądowaliśmy w pokoju o 19 i kolejno, zaczynając ode mnie, zapadaliśmy w zimowy sen. Z perspektywy całej wyprawy pierwszy dzień był najbardziej wyczerpujący, nie tylko fizycznie. Wyczerpaliśmy też limit głupich błędów na szlaku. Cała noc w pociągu to nie jest to, co misie lubią najbardziej. Tym bardziej taki słoń górski jak ja.

 ------------------------------
czytaj: Druga część relacji

Share
Free Joomla Template created by College Jacke