UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Bieg 7 Dolin - oczami Pawła i Gosi

Utworzono: 17 wrzesień 2017
Gosia i Paweł

IMG 0644W tegorocznym Biegu 7 Dolin, na dwóch dystansach stanęło dwóch zawodników AKS Polonia Warszawa. Gosia po raz pierwszy mierzyła się ze słynną setką, a Paweł, po długim okresie problemów zdrowotnych, pragnął jeszcze raz rozprawić się z ultramaratonem 64km. Oto ich wrażenia.

Paweł: zwycięstwo mimo bólu

W 2015 roku, wspólnie z Gosią ukończyliśmy, Bieg 7 Dolin na dystansie 64 km, rozgrywany w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy. To był ostatni raz, kiedy udało mi się pokonać dystans ultramartonu górskiego. Rok później po okresie zmagania się z problemami zdrowotnymi z trudem pokonałem krótszy dystans -34km. Bardzo chciałem jednak przyjechać do Krynicy jeszcze raz i ponownie zmierzyć się z dłuższą trasą.

Przygotowania można powiedzieć rozpoczęły się na początku roku. Sylwestra spędziłem w Karkonoszach i pierwszego stycznia odbyła się pierwsza moja w tym roku górska przebieżka. Od tego czasu w górach byłem jeszcze 7 razy. I chyba tylko to mnie uratowało przed klęską w czasie B7D. Na pewno nie byłem do niego przygotowany solidnie. Kilometraż pokonywany w Warszawie był bardzo mizerny, natomiast we wcześniejszych latach nie miałem okazji robić takich dystansów po górach.

Start biegu miał miejsce w Rytrze przed Hotelem Perła Południa. W tym roku miał odbywać się interwałowo – biegacze wybiegać mieli co kilka sekund pojedynczo między godziną 6:30 a 8:00. Jako, że miałem wysoki numer startowy, miałem startować jako jeden z ostatnich, co jednocześnie powodowało, że miałem mniej czasu na pokonanie trasy niż współtowarzysze biegu (metę zamykano o godzinie 20:00). Najbardziej obawiałem się właśnie tego, że nie zmieszczę się w limicie i będę musiał zejść z trasy, niestety nie jestem obecnie demonem szybkości.

Taki bieg rozpoczyna się tak naprawdę dzień wcześniej. Trzeba przygotować rzeczy, przygotować torby na „przepaki”, odpowiednio rozdzielić żele i batoniki na każdy etap trasy. Jakoś się udało, chociaż nigdy nie mam pewności czy wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Krótki sen, pobudka o 4 rano i o piątej siedziałem już w autokarze do Rytra. Na miejscu byłem po godzinie, wiec jeszcze 45 minut dosypiałem na podłodze hotelowgo lobby (oczywiście było tam jeszcze kilkuset podobnych mi biegaczy, organizacja i „timing” tych dojazdów jest chyba jedyną do końca nie dograną sprawą Festiwalu).

Około 7:30 wyruszyłem na trasę. Pierwszą część pokonałem spokojnie, głównie w towarzystwie biegaczy na 100 km, którzy w momencie mojego startu mieli w nogach już 36 km. Pierwsze 9 km to trasa pod górę do schroniska na Przehybie. I poszło mi całkiem nieźle, miałem 15 minut zapasu w stosunku do swojego planu. Na punkcie odżywczym łyk izotoniku, batonik oraz to, co jest moim numerem jeden w takich miejscach, czyli świeże pomarańcze. Szybko ruszyłem dalej. Następny etap to kilka kilometrów delikatnie w górę do Radziejowej (czyli najwyższego punkty na tracie). Dalej w dół 14 km z niewielkimi podejściami, w tym na pięknie prezentujący się z tej strony Wielki Rogacz. Pierwsze 30 km minęło całkiem dobrze. Nie licząc oczywiście zmęczenia i bólu nóg, ale nie oszukujmy się - wiadomo było, że będzie boleć. Po trzydziestu kilometrach był punkt odżywczy i przepak w Piwnicznej. Zrobiło się już naprawdę gorąco, wpadłem tam tuż przed południem. Na miejscu uświadomiłem sobie, że wypiłem już dwa i pół litra wody. Na punkcie przebrałem się, zjadłem, uzupełniłem wodę i ruszyłem w dalszą trasę. Miałem ponad 7 godzin na pokonanie dystansu. Myślałem, że nic mnie nie zatrzyma, że dosłownie dofrunę do mety. Jednocześnie miałem świadomość, że przede mną droga cztery razy wznosi się w górę i opada w dół, w tym ta najtrudniejsza część, czyli podejście odsłoniętym stokiem narciarskim i po chwili zbieg również stokiem. Jedno i drugie - mordercze i bolesne.

Mój dobry nastrój zweryfikował już pierwszy odcinek – najprostszy z pozostałych - 11 km do kolejnego punktu pod Wierchomlą. Nie minęły 3 kilometry i już miałem dosyć, zwyczajnie zmęczenie, upał i słońce odcięły mi prąd. Pierwszy raz w życiu, w czasie biegu musiałem zejść z trasy i 10 minut poleżeć na trawie, w cieniu. Całą operację powtórzyłem jeszcze raz, kilka kilometrów dalej. Ostatecznie z trudem udało mi się dotrzeć pod Wierchomlę. Początkowo byłem przekonany, że już tam zostanę, przede mną jeszcze były 23 km i ten nieszczęsny stok narciarski. Po drodze krótka konwersacja z pewnym biegaczem przekonała mnie jednak, żebym podjął walkę. Przemiły Pan w krótkich żołnierskich słowach powiedział, żebym jednak nie odpuszczał, że to już nie daleko. W sumie to miał rację, za co mu serdecznie dziękuję.

Punkt odżywczy pod Wierchomlą oferował biegaczom prawdziwy rarytas w postaci gotowanych w mundurkach ziemniaków z solą. Po zjedzenia dwóch i uzupełnieniu wody ruszyłem w drogę pod stok. Tu oczywiście było bardzo ciężko, ale szczęśliwie dla nas słońce przykryły chmury i było już trochę chłodniej. Pod górę człapałem powoli, ale jakoś się udało. Na górze kilkaset metrów płaskiego i zbieg. Oczywiście zbiega się dużo szybciej, ale momentami bywa stromo, a to powoduje bardzo, bardzo duży ból i tak już obolałych i zmęczonych mięśni ud...

Od razu po zbiegu rozpoczyna się ostatnie podejście na trasie - szerokim i niezbyt stromym szlakiem rowerowym do schroniska – Bacówki nad Wierchomlą, gdzie znajduje się ostatni punkt odżywczy. Trasa nie jest bardzo męcząca, stroma ani trudna technicznie, jednak pokonuje się ją już na dużym zmęczeniu, więc i tak daje się we znaki. Dochodząc do Bacówki, już wiedziałem, że w zasadzie to nic nie może mnie zatrzymać. Miałem jeszcze prawie 3 godziny do zamknięcia mety i jedynie jakaś nieszczęśliwa kontuzja mogłaby mnie wyeliminować. Na punkcie krótki posiłek, w tym oczywiście pomarańcze, i ruszyłem na ostatnie 11 kilometrów. Pierwsze trzy z nich pod górę, na Runek, a potem już w zasadzie cały czas w dół na deptak w Krynicy. Ten ostatni odcinek sprzyjał rozmowom z mijanymi (lub częściej mijającymi mnie) biegaczami. Dzięki temu dłużył się trochę mniej niż w poprzednich latach.

Ostatni kilometr B7D jest moim zdaniem jednym z ciekawszych: najpierw wybiega się dosłownie z krzaków, ze szlaku do miasteczka, potem asfaltem i kostką biegnie się w kierunku centrum, a ostatnie metry to już słynny deptak w Krynicy. I jest to jedno z najpiękniejszych przeżyć w życiu biegacza. Zawsze stoi tam masa kibiców i biegaczy, którzy głośno dopingują i wspierają. I jak by człowiek nie był zmęczony i obolały to zawsze przebiegnie po deptaku z godnością i dużą przyjemnością. Taki właśnie finisz przypadł mi w udziale i po 12 godzinach bez trzech minut udało mi się ukończyć B7D. To właśnie jest jedna z fajniejszych rzeczy w biegach ultra – świadomość, że się udało, że mimo bólu, zwątpienia jest się na mecie. Po biegu każdy posiłek i napój regeneracyjny pomimo bólu mięśni dosłownie całego ciała smakuje niesamowicie! Następny taki posiłek, miejmy nadzieję, zjem już na wiosnę.

medal_64km
Warto było pocierpieć! Kolejne ultramaratońskie doświadczenie zdobyte.

Gosia: Bieg 7 Dolin - opowieść bez zakończenia...

23:58 - nie, jeszcze można spać; 0:23 - spokojnie, jeszcze masz czas; 0:47 - kur... śpij!; 1:13 - śpij, a w ogóle to po co Ci to?! przecież nie masz szans...; 2:00 - no dobra, teraz już trzeba wstawać. 100km czeka na Ciebie!

Pomysł szalony, ale nie nierealny. Wiedziałam, że będzie ciężko, że będzie bolało, że będzie pięknie. Wiedziałam, że może nie pójść gładko i wcale nie skończyć się wspaniałym finiszem na słynnym krynickim deptaku. Mimo wszystko, chciałam spróbować zmierzyć się ze słynnym Biegiem 7 Dolin.

Nad strefą startową unosi się zapach mroźnego już, górskiego powietrza, do tego czuć było woń Bengay'a oraz zmęczonych, ale sprawdzonych ciuchów biegowych. Znaleźli się tu debiutanci jak i weterani beskidzkiej setki. Są żółtodzioby (to ja) i Ci, którzy mają strategię na podium. Wszyscy pragną za kilka/kilkanaście godzin wrócić tu cało i zdrowo.

Dochodzi 3:00 i rozpoczyna się odliczanie. Jestem spokojna i skupiona. Zaczynamy biec. Pierwszy kilometr po asfalcie pozwala nam się nieco rozciągnąć i rozgrzać. Za zakrętem zaczyna się, pierwsze z wielu dziś, podejście. Nasz pierwszy cel to Jaworzyna Krynicka (1 114m n.p.m.). Nie spieszę się. Przede mną długa droga. Ostrożnie stawiam stopy, oszczędzam palce i podeszwy. Nie mam celu czasowego - chciałabym po prostu dobiec cała i zdrowa. Krok za krokiem - to cała moja strategia.

Na razie panuje noc i cisza. Słychać pojedyncze rozmowy, ale głównie kroki, stukanie kijków trekkingowych, sporadyczny chlupot z bukłaków. Zastanawiam się, czy na szczycie będzie nam dane obejrzeć znów wschód słońca. Pielęgnuję w sobie wspomnienie sprzed 5 lat - ten moment, który spowodował, że absolutnie zakochałam się w górach i właśnie TAKIM bieganiu. Po kilku kilometrach zróżnicowanego terenu, wychodzimy na stok narciarskie. Wieje. Zimno. Ciemno. Za wcześnie na wschody. Nie ma co podziwiać i czasu się rozglądać - trzeba lecieć dalej.

Runka (1 080m n.p.m.) właściwie nie odnotowuję. Patrzę pod nogi i staram się nie oddać butów błotnym, leśnym ścieżkom. Kiedy się da, przeskakuję przez kałuże. Poza tym, że chce mi się spać, jest dobrze. Zjadam pierwszy żel - trochę póżno, bo już 15km w nogach, ale nie czuję głodu. Mówią, że to nie dobrze. Trudno. Nie przepadam za bieganiem z czołówką - zawsze wydaje mi się, że mam jakieś omamy, cienie przybierają dziwne kształty, tym razem, mrok w połączeniu z ciepłym światłem jeszcze bardziej mnie usypiają. Dlatego niemal krzyczę z radości kiedy w końcu słońce zaczyna oświetlać las. Zaczyna być magicznie. Tak, jak lubię!

hala_labowska
Wschód słońca tuż przed Halą Łabowską.

Powoli docieram do schroniska na Łabowskiej Hali (1 027m n.p.n.). Jestem już w długim ogonie stawki. Biegacze mocno przeczyścili stoły, ale znajduję pomarańcze, kawałek banana. Nadal jem tylko z rozsądku. Pierwszych biegaczy eliminują już kontuzje i czekają na transport do miasta. Szczęśliwie to nie ja. Uzupełniam wodę w bukłaku i lecę dalej. 21km zrobione - już mniej niż więcej.

Po małej hopce zaczynamy długi zbieg do Rytra. Wiem już, że moje tempo pozostawia wiele do życzenia i pojawiają się pierwsze myśli o zejściu z trasy. Czuję się dobrze, ale co z tego... Byłoby pięknie dobiec do Krynicy, podnieść ręce w geście tryumfu, pokonując ostatnie metry deptaka. Bądźmy jednak realistami. Na podejściach się po prostu ślimaczę. Może jednak uda się nieco nadrobić? Teraz przecież zbieganie - czyli to, co Gosia kocha najbardziej.

Ta walka myśli trwa jeszcze dosyć długo. Postanawiam dobiec do Rytra i, o ile zmieszczę się w limicie, zastanowić się co dalej. Plan wcielam w życie. Docieram do przejścia kolejowego, z którego jest ok. 2km do hotelowej polanki. Szczerze nienawidzę tego podbiegu. Dłuższy się on jak przysłowiowe flaki z olejem. Biegnie się po kostce brukowej, niby wiesz, że to już niedaleko, ale trudno zmusić się do wysiłku. Staram się podbiegać mimo wszystko. Obiecuję sobie, że kiedyś przyjadę tu znów - będę trenować i codziennie pokonywać ten głupi podbieg. Tfu.

Przekraczam gumowy dywanik i urządzenia kontrolne wydają piskliwy dźwięk. 36km zrobione. Zmieściłam się w limicie czasu więc ode mnie teraz zależy czy zostaję, czy walczę dalej. Na polance jest już prawie pusto. Startujący tu dystans 64km jest od ponad godziny na trasie. Wolontariusze powoli się zbierają, a na leżakach wyleguje się kilkunastu biegaczy. Zastanawiam się czy odpoczywają i ruszą za chwilę w drogę, czy też postanowili zakończyć na dziś. Nie pytam. Uzupełniam swoje skromne zapasy żywnościowe, łapię znów pomarańcze i upewniam się ile czasu mam na dotarcie do kolejnego punktu kontrolnego (Piwniczna, 66. kilometr trasy). Organizator potwierdza, że to 6h. Czuję się dobrze, nie wypada zatem nie spróbować.

Po wyjściu z polanki, skręcam w lewo i przygotowuję się na długie podejście. Z ok. 440m, na których leży hotel Perła Południa, muszę teraz dotrzeć do schroniska na Hali Przehybie (1 150m), a następnie do najwyższego punktu zawodów - Radziejowej (1 262m n.p.m.). Z tym fragmentem trasy znamy się już bardzo dobrze. Biegnę już zupełnie sama, więc mam mnóstwo czasu na myślenie. Widoków póki co nie ma. Patrzę pod nogi i pilnuję trasy, która póki co, jest bardzo ładnie oznaczona.

Niebieski szlak pnie się w górę. Zaczynam zastanawiać się, kiedy to ostatnio widziałam wstążki Organizatora. Naprawdę nie mam ochoty na zbieg i szukanie oznaczeń. Nie bardzo chce mi się też wyciągać mapę. Odwracam się, żeby zobaczyć czy może za mną jest jeszcze jakiś biegacz, który utwierdzi mnie w przekonaniu, że jestem we właściwym miejscu. Niestety nie ma nikogo. Mam opcje zapasowe: mogę włączyć śledzenie trasy na zegarku, mogę wyjąć telefon. Dochodzę jednak do wniosku, że przecież jestem na szlaku i pamiętam, że dojdę nim do Hali - więc nawet jeśli lekko zboczyłam z trasy, wkrótce powinnam ją odnaleźć.

Po wejściu na małe wypłaszczenie zauważam w końcu powiewającą wstążkę - wszystko gra. Wiatr coraz mocniej daje się we znaki. Jest piękne słońce, ale miota drzewami tak, że boję się, że zaraz oberwę jakąś gałęzią w oko. Absurdalne, ale takie to myśli przychodzą do głowy. Dobiegam do dwóch GOPRowców i krzyczę:
- Dzień dobry! O co chodzi dziś z tym wiatrem?!
Obaj dosyć zrelaksowani, opalają się na swoich quadach. Jeden z nich leniwie odpowiada:
- Równoważy słońce po prostu...
Wszystko zatem jasne. Równowaga musi być zachowana ;)

Zbliżam się do schroniska gdzie czeka nas kolejny punkt odżywczy (45km). W międzyczasie zażyłam kolejny żel - głównie po to, żeby podnieść sobie poziom cukru we krwi i nie zasnąć. To dziś mój największy wróg. Sen. Po zaliczeniu tzw. agrafki, rozmawiam chwilę z kilkoma biegaczami, którzy wrócili tu, by wyrównać rachunki z "setką", ale wiedzą już, że wynikiem będzie dziś raczej 2:0 dla niej. Na tym etapie, ja też już dojrzewam do decyzji, że moją metą będzie dziś Piwniczna.

W drodze na Radziejową doganiam kolejnego zawodnika, którego ciało się buntuje i nie ma siły biec. Stracił wolę walki. Drugi rok z rzędu zejdzie z trasy. Docieramy razem do Radziejowej. Dla mnie oznacza to początek kolejnego, długiego zbiegu, czyli czystą radochę. On potem powie - ja już nie miałem siły, ale z góry podziwiałem Twoją lekkość zbiegu :D

Dopędzam jeszcze kilku biegaczy - kontuzje, zbuntowany żołądek, ból uniemożliwiają im kontynuuowanie biegu. Część czeka na transport, część stara się powoli dotrzeć do Piwnicznej o własnych siłach. Ja stawiam sobie za cel już tylko dobiegnięcie do punktu kontrolnego w limicie czasowym. Wiem, nie ma to znaczenia. Chcę jednak sama zejść z trasy. Detal, ale motywuje mnie do dalszego wysiłku.

Zaczynają się ażurowe płyty. Zauważyłam, że środowisko biegaczy dzieli się na dwie grupy: tych, którzy od płyt wolą luźne kamienie na zbiegu z Radziejowej i tych, co, z dwojga złego, wybierają już te płyty. Zdecydowanie jestem w tej pierwszej grupie. Płyty są nużące i bolesne dla stóp. Do tego są podstępne - jeden nieuważny krok i można zaliczyć bliskie z nimi spotkanie.

Docieram do asfaltu. Jeszcze ok. 2km do punktu. Zatrzymuję się jeszcze przy źródełku u stóp figury Matki Boskiej - przemywam twarz, kark, ręce. Woda jest zimna i przynosi ulgę. Tego mi potrzeba na te ostatnie metry.

Kolejne maty wydają drażniący dźwięk i obwieszczają przybycie kolejnego zawodnika na polankę. Docieram kilka minut przed limitem. Teoretycznie mogę lecieć dalej, sędzia nie może mnie zatrzymać. Pojawiają się złośliwe myśli: może jednak?; może powinnam spróbować?; czy będę żałować, jeśli nie pójdę dalej? Stawiam jednak na zdrowy rozsądek. Nie mam żadnego zapasu czasowego na pokonanie kolejnego etapu - 1,5h i 11km wraz z upiornym wyciągiem na Wierchomli. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. To koniec. 66km i 11h 23min.

Oddaję mój czip organizatorowi. Jest tu nas kilkanaście osób - pakujemy się do busa i jedziemy do Krynicy. Ktoś sprawdza zwycięzców - Bartek Gorczyca i Magda Łączak. Wspaniali. Niedoścignieni. Dawno na mecie. Myślę sobie znów - kurde, fajnie byłoby to ukończyć. Szkoda. Jestem jednak tak zmęczona, że chwilę po opuszczeniu Piwnicznej odpływam.

Budzę się w Krynicy. Wysiadamy z busika i każdy udaje się w swoim kierunku. W drodze do hotelu, mam okazję przeciąć jescze trasę biegu. Widzę kilka finiszujących różne dystanse osób. Jest lekka nutka żalu. Pocieszam się, że mogę tu wrócić za rok, mogę się lepiej przygotować, nie zeszłam przez kontuzję i gdyby nie limity czasowe, ukończyłabym ten bieg. A przecież zrobiłam swój własny REKORD (ten fakt uświadamia mi dopiero po kilku godzinach kolega na Facebooku :) )! Wszystkie te myśli, przegrywają szybko z nieodpartą potrzebą snu. Moja głowa, oczy - mówią dosyć. Idę do hotelu, marzę tylko o szybkiej kąpieli i łóżku.

Minął już tydzień od biegu. Nogi już dawno nie bolą, ale chyba ten szalejący na szczytach wiatr położył mnie do łóżka. Nie trenuję więc. Mam czas na podsumowania, pisanie, czytanie. Mam nadal mieszane uczucia. Cieszę się, bo bieg był fajny, góry jak zwykle dostarczyły mi mnóstwa wspaniałych momentów zachwytu, radości i refleksji. Ludzie byli znów pomocni i pozytywnie nastawieni. Była to kolejna, cudowna przygoda. Nie nabawiłam się odcisków, siniaków, odparzeń czy obtarć. W porównaniu do poprzedniego roku (64km), nogi dużo szybciej doszły do siebie. Przebiegłam najdłuższy dystans w życiu. JEDNAK nie zrealizowałam celu. Nie mam medalu. Nie pokonałam tryumfalnie krynickiego deptaka. W niedzielę, nie chodziłam po mieście w koszulce 'finisher'.

Czy wrócę za rok po rewanż? Jeszcze nie wiem. Bez mocniejszego, ukierunkowanego treningu, nie ma sensu stawać ponownie na starcie takiego dystansu. Mam zatem wiele przemyśleń i wniosków, a póki co, Bieg 7 Dolin, pozostanie opowieścią bez zakończenia... Może kiedyś je dopiszę. Sprawdzajcie też na Run&Coffee ;)

Share
Free Joomla Template created by College Jacke