UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Ten pierwszy raz. Ironman Copenhagen. 20.08.2017.

Utworzono: 05 wrzesień 2017
AMI

09Meta (10h23min57sek, miejsce 387, miejsce w kat 70)

Na zegarku pojawia się 41km biegu. 1,1km do mety. Tak to już prawie koniec. Nareszcie. Na twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Spinam się i przyśpieszam do tempa 5.05/km i czuję, że frunę. Jest bosko. Cieszę się każdą chwilą. Mam ochotę wszystkich kibiców wyściskać ze szczęścia. Nic mnie już nie boli. Kryzysy? Jakie kryzysy? Omijam ostatni punkt żywieniowy, jak tyczki mijam kolejnych zawodników. Wbiegam na ostatnią prostą. Ciarki, gigantyczne ciarki na całym ciele. Jeszcze większe tłumy kibiców niż na trasie.

Wszyscy się drą do Ciebie i biją brawo. Spiker krzyczy „Go Marcin Go”. Na dywanie jestem sam, sam jak palec. Długi dywan, ja i ten „dziki” tumult i jazgot. Patrzę na zegarek, jestem po 10h 23min walki – dużo lepiej niż zakładałem. Jest dobry czas. Jest świetna zabawa. O to chodziło. Wbiegam na metę i słyszę to epickie: „Marcin, YOU ARE AN IRONMAN”. Łzy szczęścia. To już koniec, naprawdę koniec.
 
Bieg (3h39min08sek, tempo: 5:11/km, miejsce 322, miejsce w kat 54)

0-12km (euforia)

Wybiegam ze strefy zmian T2. Jeszcze tylko Maraton… (to stwierdzenie jest chore, ale niestety to jest pierwsza myśli którą masz w głowie po wyruszeniu z T2). Patrzę na zegarek: 6h30min. Jest dobrze, tylko tego nie spier*ol. Na trasie tysiące kibiców i jedna wielka impreza. Jest genialnie. Noga kręci. Łapię i stabilizuję tętno na zakładanym poziomie 150-160 uderzeń na minutę i lecę. Idzie lekko. Za lekko. Po 1km patrzę na tempo: 4:29/km. Shit. Zwolnij idioto i złap planowane 5:00/km. Zwalniam istotnie (tak mi się wydawało). Na 2km patrzę na zegarek, 4:37/km i tętno cały czas w zakładanych widełkach, o co chodzi? Zwalniam dalej. 3km 4:46/km – cały czas za szybko i w tym momencie podejmuję decyzję, że „pierd*le” ;) i lecę dalej w tym tempie. Wiedziałem, że to się później odbije, że będzie gorszy o kilka minut czas na mecie, ale stwierdziłem że debiut jest jeden i jak się bawić to się bawić :) Na trasie tłumy kibiców, kapela rockowa (grali mega muzę), DJ, jakaś zwariowana babcia coś krzycząca po duńsku a ja się bawiłem biegiem. Nie ominąłem żadnej „piątki” dzieciaków na trasie, w sumie przybiłem ze 40 :). Wszystkie tabliczki „Power” były moje :) Cieszyłem się tym maratonem ile mogłem. Sił na tempo ~4:40-4:50 starczyło na 12km. Teraz wiem, że straciłem na tym „porywie” spokojnie z 5min – ale jestem zadowolony, że tak zrobiłem i nie żałuję i kolejny raz zrobiłbym tak samo :)

12-30km (walka + zabawa)

Zwolniłem do ~5:10/km + przerwy na toitoja i żywienie na punktach, a że punkty były ustawione gdzieś co 3km więc dość często zwalniałem aby się nawodnić i naładować energią. Piłem i jadłem banana lub żel regularnie co 30min.  Przestałem patrzeć na czas. Wiedziałem, że 10h30min pęknie a na 9h59min nie ma szans więc kompletnie olałem czas (kontrolowałem tylko aby tempo nie spadało poniżej 5:20) i po prostu się bawiłem imprezą, a impreza była niesamowita. Kocham Kopenhagę. Co prawda prawa łydka była twarda jak skała (pierdzielona meduza – ale o tym później) i bolała, kark zdarty od pianki i piekł, plecy trochę dokuczały, w żołądku kręciło, nogi ciężkie jak nie wiem, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Wiedziałem, że będzie bolało, więc uśmiech pozostawał na twarzy. Problemy zaczęły się od 20km ale do 30km przewalczyłem trzymając tempo.

30-41km (ból)

Od 30km tempo biegu po płaskim zostawało takie samo, ale na punktach żywieniowych i górkach regularnie przechodziłem do 10/15 sekundowego marszu tym razem pilnując, aby w sumie tempo nie było wolniejsze niż 5:30/km. Mimo to i tak cały czas wyprzedzałem kolejnych zawodników w zawrotnym tempie. Aby nie złamać 10h30min musiałbym biec poniżej 6.00/km. W tym momencie cele były dwa: 10.30 i zabawa. Ale zabawy już nie było. Żołądek dokuczał, więc odstawiłem żele i zacząłem ssać banany (bo jedzeniem nie można tego nazwać jak przez 20min jesz pół banana:) ). Zacząłem odliczać kolejne kilometry. Żadnych większych problemów energetycznych i ścian nie było. 10km do mety, 9 do mety…. Na 35km dostałem od dzieciaków ostatnią, czerwoną frotkę oznaczającą, że robię ostatnie kółko i mogę zbiegać na metę na kolejnym rozwidleniu. Powiedziałem dziewczynce, która mi ją wręczyła, że nie mogłem się doczekać tej czerwonej (marzyłem o niej – frotce :) przez ostatnie 2h) a ją samą to to mam ochotę wyściskać ze szczęścia. Swoją drogą, genialna opcja z tymi różnokolorowymi frotami na każdym kółku. Wyznaczają Ci kolejne cele i każda kolejna w tym cierpieniu cieszy jak gwiazdkowe prezenty z czasów dzieciństwa. Jeszcze jakiś gostek którego właśnie wyprzedziłem krzyknął mi z zazdrością na widok czerwonej frotki „Lucky you…” i pomimo bólu, poleciałem uskrzydlony dalej. Nie powiem, łatwo nie było. Kryzysy przychodziły często, ale zaraz po jakimś „bodźcu” typu ostatnia frotka, fajna muza grana przez kapelę, zakręconego kibica – odchodziły. Ściany nie było, podejrzewam że może to dzięki „carboloadingowi” na który pierwszy raz się zdecydowałem przed zawodami (o tym później). Uśmiechu na twarzy już na pewno nie było, lecz pewnie jakiś wykrzywiony, koszmarny grymas bólu. 5km do mety, 4 do mety…. Wszystko bolało, co raz bardziej bolało. Jeszcze 3… 2…

Strefa zmian T2 (najkrótsza na świecie)

Strefa zlokalizowana na parkingu podziemnym. Zjeżdżasz rowerem w dół. Tuż za kreską oddajesz rower „obsłudze”. 10m dalej bierzesz z wieszaka swój worek. 20m dalej szybka przebiórka na ławce, żele w kieszenie, toitoi i lecisz w górę parkingu z 50m (w sumie jeszcze ruchome schody by się przydały;). W sumie ze 100m. Belka i zaczynasz Maraton. Szybszej T2 na świecie chyba nie ma.

Rower (5h30min38sek, tempo: 33 km/h, miejsce 785, miejsce w kat 104)

Wskakuje na rower i kręcę. Z twarzą wszystko okej, tylko ta łydka boli mnie po meduzie (o meduzie później;) i kark. Urządzam sobie drugie śniadanie (bułka z dżemem porzeczkowym od teściowej) i lecę. Jem i pije regularnie, co 30min. Na zmianę: żel, banan/baton, żel, banan/baton i tak przez cały wyścig, uzupełniając regularnie płyny. Droga dziurawa do tego stopnia, że odpada mi szybka od kasku. Stwierdzam, że przy 11h zawodach 1, 2 min na postój i krótki bieg po szybkę nie jest problemem, więc wracam się po brakujący sprzęt. Ruszam dalej. Wyjeżdżam z miasta. Asfalt staje się płaski. Słonko świeci, tylko wiatr mocno rzuca od prawej do lewej. Trasa prowadzi wzdłuż wybrzeża. Widoki malownicze.  Sięgam po bidon do tyłu…. nie ma. Musiał wypaść na tych wertepach. Do punktu odżywczego 20km. Słońce nie pali, więc dam radę. Po ok. 40km trasa odbija w ląd. Zaczynają się kręte, wiejskie drużki, górki i centralny „w morde wind”. W pewnym momencie lecę sobie spokojnie w pozycji aero, bezpieczna odległość od poprzedzającego zawodnika, podjeżdża sędzia:  Sędzia: 3min kary;  MSz: za co?  S: drafting, jedzie Pan około 9 metrów za zawodnikiem; MSz: fuck, za jeden metr kara? S: 3 metry. Dozwolona odległość to 12m. MSz głos wewnętrzny: „Szatkowski jesteś kompletnym idiotą”. Przypis: W Polsce mamy dozwoloną odległość 10m a nie 12m jak w oficjalnym IM.
Jadę dalej. Karę planuje załatwić jak zaczną mi plecy dokuczać pod koniec trasy rowerowej aby się trochę rozprostować. Teraz trzymam min. 15 metrów odstępu albo i 20 na wszelki wypadek. Jeszcze tylko ze 140km do mety :) Zaczyna lać. Bardzo lać. Wiatr dmucha. Po 20 min przestaje i wychodzi słońce. Za 20min znowu leje i tak w kółko przez cały wyścig. Ale ja mam wrażenie, że wieje mi non stop w plecy. Jest MOC. Łyda podaje. Przeliczam szacunki, jak tak dalej pójdzie i maraton polecę 3h30min to złamię 10h. Głos wewnętrzny: „Chłopie, ogarnij się i przestań marzyć. Rób swoje.” Kazał, więc się słucham. Kręcę swoje. Po drodze znowu jakaś przerwa na toitoja. Na 80km pojawia się długi podjazd „a’la tour de France”. Tłum ludzi. Trąbki i inne gadżety dźwiękowe. Ludzie biegną z Tobą podczas wspinaczki ramię w ramię i krzyczą Ci do ucha. Fajne przeżycie. 140km pękło. Widoki piękne. Średnia dalej 34km/h. Na 160km zatrzymuję się w Penalty Box. Okazuje się, że kara to 5min i nie ma w regulaminie żadnych 3 minutowych. Głos wewnętrzny: „Szatkowski jesteś kompletnym idiotą”. Ruszam dalej. Ostatnie 20km postanawiam się oszczędzać, zresztą po postoju już noga nie kręci z lekkością i zaczyna być ciężko. Bardzo zwalniam zaczynając myśleć o Maratonie. Znowu leje. O dziwo największa obawa, czyli ból pleców, który na długich treningach mi bardzo dokuczał – nie wystąpił! Jestem przeszczęśliwy. Dojeżdżam na luzie do T2. Średnia spadła do 33km/h. Jest super. Lepiej niż zakładałem.

Strefa zmian T1

Wybiegam przestraszony z wody. Szybko ściągam okularki z twarzy i macam się po polikach. Chyba jest ok. Patrzę na zegarek: 1:03 z pływania – Mega! Specjalne podziękowania dla meduzy za mobilizację :) Ściągam piankę. Łapię swój worek i siadam na ławce. W pierwszej kolejności wyciągam kask i w szybce oglądam twarz. Wygląda normalnie. Nie wierzę. Patrzę jeszcze raz, ale nie ma nawet śladu opuchlizny tylko trochę czerwony jestem. Gigantyczny kamień spada mi z serca. To lecimy dalej. Szybka przebiórka, łapię rower i dzida.

Pływanie (1h 03min 41 sek, tempo: 1:38/100m, miejsce 281, miejsce w kat 41)

3000 osób na starcie. Ustawiam się w pierwszej grupie startowej płynącej na czas <1:06min. Start rolowany. Co 6 sekund, 6 zawodników wpada do wody. Luz. Lekki początek, bez niepotrzebnych przepychanek. Łapię tempo i płynę. Woda czyściutka. Widać kilka metrów do przodu, co ułatwia złapanie dobrych nóg. Woda trochę zimna, ale szybko się rozgrzewam. Czuję, że płynie mi się lekko. Staram się odpoczywać i nie szarpać. Wszystko pięknie do połowy trasy i boi nawrotowej czyli do momentu w którym przyjmuję centralnie na twarz dość sporych rozmiarów meduzę. Ta jak na złość stwierdziła, że kopnie mnie prądem… Cała twarz zaczęła mnie mega piec, a kopnięcie było na tyle mocne, że aż mnie złapał skurcz w prawej łydce który mi towarzyszył do końca zawodów… Zatrzymałem się na chwilę. Łydkę naciągnąłem, twarz obmacałem, ale była cała zdrętwiała, więc nie wiedziałem co dalej. Strachu się trochę najadłem. Podnoszę głowę i patrzę gdzie jest najbliższy brzeg. Dość daleko. I tak muszę dopłynąć do brzegu i tak, więc stwierdzam, że płynę w kierunku mety i dalej się obserwuje. Płynę i myślę: „oddycham – jest nieźle” „nic mi więcej poza twarzą nie drętwieje – jest nieźle” „łydka odpuściła – płynę dalej” „jak się coś zacznie dziać niepokojącego, zatrzymuje się i macham do ratowników tylko jak do cholery po angielsku jest: meduza przypiekła mnie w twarz…” tak z 15 min próbowałem sobie przypomnieć sobie jak jest meduza po angielsku. Tak, wiem: Jellyfish – jestem uratowany, odetchnąłem :) Końcówka trasy minęła mi w analizie, co zrobić po wyjściu z wody. Czy szukać lekarza? Zapytać wolontariusza jak wygląda moja twarz? Nie no bez sensu. Stwierdziłem, że obejrzę się w szybce od kasku :) Tak więc miałem zdefiniowany cel: jak najszybciej dotrzeć do kasku rowerowego.

Tydzień wcześniej

Pierwszy raz stwierdzam, że zrobię Carboloading czyli w skrócie: od poniedziałku do środy zero węglowodanów, od czwartku do soboty węgle do oporu. Nie ukrywam, że te 3 dni bez węgli były trudne (nie tylko dla mnie). Chodziłem i w ogóle nie kojarzyłem co się dzieje. Za kajzerkę dałbym się pokroić. Lodówkę czyściłem w tempie ekspresowym ze wszystkiego co na etykiecie nie miało węglowodanów a i tak chodziłem głodny i wściekły na wszystko (Oli i współpracownikom współczuje i przepraszam). W środę jeszcze trzeba było wypłukać się z glikogenu do zera, więc zrobiłem ostatni intensywny trening. Nie miałem kompletnie siły. Biegi progowe z reguły biegałem 4:10-4:20/km od 5 do 8km biegu ciągłego. W środę dałem radę 3km w tempie 4:25/km i umarłem. Nie wiedziałem gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Masakra.  Po powrocie do domu czekały na mnie moje węgle, węglowodany, węglowodanusie, kajzereczki, makaroniki, bananunie – o jakie to było fantastyczne  W czwartek wieczorem ruszam z kumplem i jego synem do Kopenhagi (Adam dzięki za wyjazd, było super!). Dojeżdżamy w okolicach południa w piątek.  W samochodzie się zastanawialiśmy, czy to jest normalne żeby jechać samochodem 15h, aby później się 11h katować się fizycznie, a później kolejne 15h wracać i jeszcze nie mało za to płacić… Chyba do końca normalne nie jest. Zakwaterowania u znajomych Adama. Dzięki wielkie za gościnę! Super Nas przyjęliście! W sobotę odbiór pakietu startowego i standardowo rower do strefy zmian i o 21 do łóżka. Pobudka o 5 rano nie była szokiem, w związku z tym, że na weekendowe treningi często wstawałem o 4:30.

5 lat wcześniej

\Siedzę przed telewizorem skacze po kanałach telewizyjnych. Ostatnia aktywność fizyczna odnotowana kilkanaście lat wcześniej ; ) Stwierdzam, że trzeba się ruszyć. Okazuje się, że nie jestem w stanie przebiec truchtem bez zatrzymania więcej niż 10min…
Jak zaczęła się moja przygoda z Triathlonem pisałem dawno temu tutaj:
http://polonia.warszawa.pl/index.php/76-co-ma-ze-soba-wspolnego-kciuk-cegla-trzmiel-i-stodola

W sumie do zrobienia Ironmana poświęciłem na treningi tyle:

image003
 
Czyli dopłynąłem wpław Wisłą od siebie ze wsi do Bałtyku, dobiegłem 2x do Kopehagi i spowrotem, a na rowerze przejechałem odległość równą połowie równika. Wszystko to w jedyne 1429h czyli jakbym przez 59 dób non stop ćwiczył 

Podsumowanie

Przed zawodami zidentyfikowałem główne problemy, jakie mnie mogą spotkać: żołądek, bóle pleców, bóle mięśni nóg i kolan na maratonie.
Nad żołądkiem pracowałem (wchłaniałem na treningach dużą ilość żeli, aby go przygotować, odstawiłem przed zawodami błonnik, jadłem gorzką czekoladę + stosowałem inne „hinty”). Na bóle pleców przez bity miesiąc przed zawodami się rozciągałem i rozciągałem (codziennie). Jeśli chodzi o mięśnie nóg, to zrezygnowałem z jednego pływania w tygodniu, aby regularnie przez kilka miesięcy chodzić na siłkę. Wszystko zadziałało! Wystarczy chcieć!
 
Często słyszę pytanie, jak na to znajduje czas? Odpowiedź jest prosta: kwestia dobrej organizacji i samozaparcia (chorobliwego samozaparcia;)
W weekendy mam ustawiony „deadline” na powrót do domu po treningu na 10.00 tak, aby mieć cały dzień na obowiązki domowe i czas dla dzieciaków, tak więc aby zrobić 5h rozjechanie wychodziłem o 5 rano.
W tygodniu, w związku z tym, że do pracy mam 40km często jadę na rowerze. Powrót po pracy na rowerze zajmuje mi około 15min dłużej niż samochodem/komunikacją (korki), 80km treningu zrobione a dnia zbytnio nie traciłem. Na trasie mam około 25km długiej prostej (Łomianki-Pomiechówek) bez świateł, na której regularnie katowałem interwały, progi etc.
Na bieganie wychodzę po 21 po położeniu dzieci spać, więc w przypadku długich rozbiegań zdarzało się wracać o północy.
Basen na Inflanckiej otwarty od 6 rano, na Kasprzaka naprzeciwko pracy od 7, więc często, gęsto po treningu pływackim przed 8 byłem w pracy. Jak nie mam treningów jestem w biurze o 6:45 :)
Siłownia pod firmą również otwarta od 6 rano.
 
Tak, wiem, to nie jest do końca normalne i podchodzi trochę pod chorobę, ale jak już coś robić, to porządnie. Nie lubię pół środków 
Trzymajcie się od Triathlonu z daleka. To wciąga, uzależnia i nie wypuszcza ze swoich szponów.
 
Co dalej? Nie wiem. Na razie w planie 3 tygodnie leżenia do góry brzuchem, ale coś czuje, że wytrzymam max 2.
Kusi mnie kwalifikacja na Mistrzostwa Świata IM 70.3 do Nicei, a z celów bliższych: połamanie 11.11.2017 na 10km < 40min i 1:30 na półmaratonie.
 
Na pewno pełne Ironmany odpuszczam (wolę interwały i rytmy niż 6h rozjazdy rowerowe i 3h wybiegania). Sam start jest genialny/epicki/boski (chciałbym to jeszcze kiedyś przeżyć), ale przygotowanie się do tego jest masakrą i to chyba nie dla mnie. A że nie lubię pół środków start bez przygotowania lub ze słabym przygotowaniem nie wchodzi w grę. Jak coś robić, to robić NA MAXA!
 
Na koniec jeszcze raz podziękowania dla Oli za wytrwałość, cierpliwość i wsparcie mnie w realizowaniu pasji lub choroby (jak to nazywasz;). Bez Ciebie nie dałoby rady :)
Jesteś wielka.
 
PS1. Szkoda tylko, że dzieci niezadowolone bo tata nie zajął pierwszego miejsca, może kiedyś? ;)
PS2. Szacunek dla tych co doczytali do końca :)
PS3. Sorry za jakość zdjęć, ale 80 ojro za kilka zdjęć w lepszej rozdzielczości to przegięcie :)
 
pozdrawiam,

M@rcin

 

Źródło: własne, fot. własne, Finisherpix

Share
Free Joomla Template created by College Jacke