UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Nasi na IM 70.3 Gdynia 2017 (+foto)

Utworzono: 04 wrzesień 2017
AMI

P8067791aW tegorocznym IM 70.3 Gdynia w tym roku wystartowało 6 zawodników AKS: Monika i Paweł na dystansie Sprint, Lew, Darek, Torped i Jola na "połówce" IM. Wszyscy godnie i dzielnie reprezentowali barwy AKS, nie zabrakło też kibiców, nie tylko z Polonii, ale również z zaprzyjaźnionej Cracovii. W dalszej części newsa jak zawsze opisy swoich startów, wykonane przez zawodników, jak też szeroka fotorelacja. Zapraszamy :)

 

"Po Nieporęcie obiecałam sobie trzy tygodnie ciężkich treningów. Ale niestety zapalenie kaletki, uszkodzona łękotka z kolanem - problemów ciąg dalszy. Lekarz kazał odciążyć nogi. Zostało mi tylko pływanie bez nóg.

I to pływanie bardzo mi się przydało w morzu. Czułam duży komfort. Płynęłam swoje, w tempie, bez zadyszki, cały czas kraulem bez przerw. Pierwszy raz czułam się dobrze w wodzie. A nie zapowiadało się, bo jeszcze przed startem sędzia zawodów próbował dać mi żółtą kartkę! Bo weszłam na rozgrzewkę w złą strefę! A tam tłumy ludzi, barierki, ogrodzenia; nie byłam jedyna, więc sędzia był bardzo zdenerwowany. Ja prawie się popłakałam, ale starałam się zachować spokój i jeszcze jego uspakajałam :) Na szczęście obyło się bez kary.

Rower był ciężki. Wiał straszny wiatr i nie mogłam cisnąć pod górę tak, jak sobie obiecałam. Chciałam na rowerze urwać jak najwięcej czasu. Mały niedosyt jest.

Bieg jak zawsze ciężki; najpierw pod górkę, później z górki i upragniona meta.

Jestem bardzo zadowolona. Dałam z siebie ile mogłam. Zajęłam 8 lokatę wśród pań w moim wieku, więc uważam, że nie najgorzej. Poprawiłam czas o 7 minut w porównaniu z rokiem ubiegłym. Znów jestem mądrzejsza i znów jest we mnie olbrzymi zapał do dalszej walki.
Dziękuję za doping na trasie, to naprawdę bardzo motywuje. Dziękuję mojemu mężowi Tomkowi, że ze mną był i Kasi oraz całej ekipie AKS Polonia Warszawa! Dodatkowo podziękowania Karoli i Januszowi za opiekę i transport mojej małej bestii ;-)"

Monika

 

"Ironman 2017 Gdynia za mną!
Dziękuje wspaniałej ekipie AKS Polonia Warszawa.

Karolinie: Za (jak zwykle) perfekcyjne zorganizowanie wyjazdu dla całej ekipy. Bez niej w życiu nie dalibyśmy sobie rady...

Joli: Za to że w sobotę, zamiast leżeć z nogami do góry i czekać na swój niedzielny start, podczas mojego wyścigu była i dopingowała mnie dosłownie wszędzie. I za niedziele, za to że mimo pecha jaki prześladował ją na trasie, nie poddała się, walcząc z meduzami przepłynęła 2 kilometry w zimnym i niespokojnym Bałtyku, przejechała 90 kilometrów na psującym się rowerze, naprawiła go, przebiegła jeszcze półmaraton i po ponad sześciu godzinach dotarła do mety.

Monice i Tomkowi: Za wspaniały doping na trasie, szczególnie w niedzielę, kiedy Jola tego naprawdę potrzebowała.

Mojej córci Julce za cierpliwość; nie każde dziecko potrafi siedzieć na chodniku i czekać cierpliwie kilka godzin na przyjazd cioci z trasy rowerowej a potem ganiać następnych parę godzin z zakręconym ojcem po trasie biegowej...

Darkowi, Torpedowi, Bigowi i innym: za super doping na trasie.

I naturalnie Last but not least: Januszowi: Za to jak przygotował mnie do tych zawodów. Dzięki niemu nie utonąłem, nie spadłem z roweru i ukończyłem zawody. I jeszcze za jego doping w sobotę i niedzielę. Przebiegł pewnie parę kilometrów dodatkowo. Dziękuje trenerze.

Jesteście niezastąpieni.
Polonia forever."

Paweł

 

"Do Gdyni jechałem z planem zajęcia czołowego miejsca w swojej kategorii wiekowej. Zmierzałem tam, wciąż czując w nogach efekt pokonywania na rowerze czy biegiem chorwackich wzniesień – po tym dwutygodniowym pobycie wiele zapomnianych mięśni przypomniało mi o swoim istnieniu.

Nigdy nie trenowałem tych dwóch dyscyplin w takich okolicznościach przyrody, więc ciężko było się spodziewać, jak długo będę dochodził do siebie. Dwa tygodnie, jakie pozostały do startu, nie powinny stanowić problemu. Chroniczny jednak u mnie brak należytej regeneracji powodował spowolnione łapanie świeżości. Dopiero wieczór przed startem czułem, że coś pozytywnego zaczyna się z moimi nogami dziać. Brakowało wciąż jeszcze głodu ścigania się.

Bardzo wczesny poranek spędziłem na konsumpcji węgli w akompaniamencie dźwięków (bo chyba nie śpiewów) wydawanych przez mewy, spacerze do strefy zmian, aby całkowicie już przygotować sprzęt do wyścigu oraz na przedstartowym stresie.

Aby nie przedłużać oczekiwania na start w pokoju, pognałem na plażę, aby nieco posmęcić i się rozgrzać. Zostały jeszcze uściski z Żonką oraz Tatą i można było rzucić się w bałtyckie fale, a właściwie w ich brak. System startowania części pływackiej pozwolił na uniknięcie niepotrzebnego szarpania się i obijania o innych zawodników. Czekało mnie jednak dużo wyprzedzania, co po raz kolejny przywróciło zagwozdkę – po co ci ludzie pchają się na linię startu jako jedni z pierwszych. Ja naprawdę startowałem z dalekiej pozycji. Wypuszczano nas w grupach pięcio- lub siedmioosobowych co dziesięć sekund, a ja bez przerwy wyprzedzałem.

Na brzeg wydostałem się nieco chwiejnym krokiem, ale mimo to bezbłędnie udało mi się dokonać przebiórki, choć mógłbym się nauczyć jednoczesnego zdejmowania pianki i zakładania kasku – może kiedyś, jak będę starszy.

Rower przeszedł nieco bez historii, no może poza jedną sytuacją, gdy na zjeździe przed zakrętem o kącie 90 stopni, z wilgotną nawierzchnią, widząc przede mną barierkę, zastanawiałem jak to zrobić, aby jak najmniej ucierpiał mój rower i przy okazji moja skromna osoba. Widziałem już siebie za barierką, tylko nie widziałem w jakim stanie. Obawa, jak się później okazało, nie była nieuzasadniona, bo zakręt ten zebrał bogate żniwa. Tylko w kategorii cudu należy rozpatrywać fakt, że mi się udało. W nieznany sobie sposób zmieściłem się między barierką a wysokim asfaltem, na który po pokonaniu zakrętu przy tak niskiej prędkości jadąc po piachu nie mogłem wskoczyć i musiałem szukać łagodniejszego wjazdu. Udało się, ale zawodnicy, których się trzymałem i nadawali tempo, zniknęli mi i ciężko mi było wdrapać się na odpowiednią prędkość i złapać rytm, zwłaszcza, że utrudniał to lekki wiatr.

Cały kolarski etap pokonałem jak nigdy z pewną rezerwą i zachowawczością, trzymając się zaleconego przez trenera zakresu mocy, tak aby mieć jeszcze z czego pobiec, a że świeżość nie była najwyższa, trzeba było uważać. Wyprzedzający co i rusz rywale nie sprzyjali zachowaniu rozsądku.

O dziwo do T2 wpadłem w czołówce, o czym świadczył totalny brak rowerów. Pozostał tylko półmaraton, który rozpocząłem w dobrej dyspozycji i jak na mnie tempie. Przy dopingu całej naszej polonijnej Rodziny i licznych przygodnych kibiców walczyłem o realizację swojego planu. Moc czułem, ale mięśnie nóg coraz bardziej się spinały, zdecydowanie dążąc do skurczu, przede wszystkim w udach. Widząc wyprzedzających mnie, wiedziałem że czołówka tym razem jest poza moim zasięgiem. Próbowałem jednak wyciągnąć z tego startu jak najwięcej i gdy wbiegłem na metę, nawet nie uściskałem mojej Żonki, tylko padłem na ziemię nie mogąc się podnieść i wyprostować nóg.

Wylądowałem na chwilę w medycznym namiocie, podpisałem jakiś świstek i dokuśtykałem do Rodziny, która mnie wytuliła za wszystkie czasy, a ja jak zwykle naburmuszony odpowiadałem, że znowu dałem dupy.

Prawdą jest, że do szczytu zabrakło kilku dni, ale teraz wiem, że gdyby mi kiedyś udało się jeszcze trenować w górach, to okres do startu, przynajmniej na tę chwilę, powinien być trochę dłuższy.

Przede mną kolejny i zapewne ostatni, główny wyścig sezonu – pełny dystans we Włoszech i próba zrehabilitowania się za Gdynię i dania super radości Najbliższym. #nanich"

Lew

 

"W Gdyni nie umierałem ( ;) )

A miały to być dla mnie pierwsze zawody w tym roku, gdzie właśnie chciałem umierać. Tym bardziej, że dwa poprzednie robiłem na zasadzie jak się czuję tak „jadę”, a że nie czułem się najlepiej, to wynik, chociaż z pełnego treningu, też nie był satysfakcjonujący.

Czyta się, a więc słyszy, czasami też widzi, to jak ci prawdziwi triathloniści umierają przynajmniej kilka razy w ciągu jednych zawodów, wpadają wycieńczeni na metę, padają nieprzytomni na trasie, lub odcina ich tuż po finiszu, by następie dać sobie zrobić życiodajny wlew elektrolitów bezpośrednio do krwioobiegu. Poezja…, oznaka najwyższej waleczności, woli walki, charakteru, brawury, kozactwa i niezłomności - też tak chciałem. Chciałem poczuć to, że zapierniczam tak szybko, że zaczynam rejestrować skutki teorii względności, szczególnie tej szczególnej i że uchodzi ze mnie życie, a przynajmniej zaczynam doświadczać OBE*. I co?...

I nic. Nic z tych rzeczy. Na ostatniej prostej pływania dostałem się w kleszcze taplaczy, która ze względu na fale i przeciwny prąd nie była najłatwiejsza i wielu miało problem z dopłynięciem do brzegu. A ja żałowałem, że tak jak wielu mijanych po drodze żabkarzy nie przycwaniakowałem i nie ustawiłem się w strefie na 30 min.     

Podczas roweru co prawda momentami, szczególnie w okolicach trzydziestego kilometra, doznawałem wrażenia zakrzywienia czasoprzestrzeni, jednak czym bliżej Gdyni, tym czas dojazdu ciągnął się niemiłosiernie długo, niczym na granicy horyzontu zdarzeń. Pomimo, że moja prędkość była relatywnie bliższa prędkości światła, niż na początku trasy, to jednak ten układ trudno uznać za inercyjny, więc transformata Lorentza nie mogła mieć zastosowania i odległość do T2 nie chciała się zmniejszyć.     

Nie zrażając się jednak tym, że nie wyszło mi umieranie w morzu i na rowerze, wybiegłem z T2 święcie przekonany, że na Świętojańskiej pocisnę tak mocno, że jak nic wyzionę ducha. Przybrałem swoją pochyloną pozycje do natarcia na podbieg, napieram do przodu i słyszę… - „brawo Polonia!, Głowa do góry! Dasz radę”. Pomyślałem sobie, że idzie zgodnie z planem, skoro dopiero co zacząłem biec, a już wyglądam na konającego. Tak dobrze szło jednak tylko do momentu, gdy dotarłem do plaży. Tam pięknie świecące słońce, jaskrawy błękit morza i skrzący się odcieniami złota piasek przekonały mnie, że to jeszcze nie ten dzień, że powinienem się na dwóch kolejnych pętlach, tak po prostu, cieszyć życiem… ??

*- Out-of-Body Experience"

Darek

 

"IronMan Gdynia. Święto Triathlonu i Pizzy z Lawendą mojej żony. (Restauracja Vinegre - polecam) Zawody, które na stałe goszczą w moim kalendarzu od samego początku istnienia imprezy. Najlepsze zawody w tej części Europy w najlepszym mieście nad Bałtykiem. Cel na zawodach był jeden... udowodnić sobie, że wynik sub 5h w Nieporęcie to nie był przypadek.

Pływanie poszło nawet lepiej niż w pływanie w zalewie Zegrzyńskim, rower na bardzo trudnej trasie zdecydowanie poniżej możliwości. Pierwsza część trasy rowerowej to walka z samym sobą, zamiast z trasą i wzniesieniami, drugą część trasy przejechałem już w granicach swoich możliwości, uzyskując średnia znacznie poniżej oczekiwań...

Zegarek po wyjściu z T2 wskazał czas 3h20min, co wskazywało, że muszę pobiec półmaraton w granicach swojego rekordu życiowego 1h39m. Pamiętając błędy z poprzednich edycji, nie dałem się ponieść na pierwszych kilometrach i spokojnie pobiegłem pierwszy podbieg Świętojańska z myślą: zobaczymy co będzie 10km przed meta. Zegarek na dychę przed meta wskazywał - No Fucking Chance, ale drogowskazy ustawione przez organizatora już tak... Dawno nie wykonałem tylu wyliczeń, forecastow, estymacji i prognoz na zawodach, jak w tegorocznej Gdyni :)

Ostatnie 5km przed meta to jak na mnie szaleńcze tempo w granicach 4:20 - 4:07. Wbiegłem na metę nie mając siły nawet przebić piątki z prowadzącym. Na szczęście na mecie czekała Ami, która grzecznie za rączkę doprowadziła mnie do wodopoju :)

Wynik 4:59:14 mówi sam za siebie. Anything is Possible & Never Give Up :) Dzięki Ana & Victoria. Tego dnia świętowaliśmy wieczorem 12 rocznicę ślubu z zona i córką, wlewając do swojego organizmu izotoniki podobne do tych, które ostatnio stosuje Usain Bolt :) Pięknie jest :)"

Torped

 

"Gdynia była najważniejszym dla mnie startem w tym roku. Niestety, jak to czasami bywa, los nie był dla mnie łaskawy.

Skopane pływanie zawdzięczam swojemu strachowi przed meduzami. Kiedy jednak po prawie godzinie wyszłam z wody, nie myślałam, że najgorsze dopiero przede mną.. Na pierwszych 15 kilometrach roweru miałam średnią powyżej 30 i wyprzedziłam chyba ze 40 konkurentów. I wtedy pech dopadł mnie znowu. Awaria łańcucha i 15 minut straty. Z pomocą jednego z rywali naprawiłam rower i ruszyłam znowu na trasę, ale niestety na 35 kilometrze defekt się powtórzył... Do tej pory nie wiem, dlaczego wtedy nie zrezygnowałam. Pojechałam jednak dalej, a widok bliskich i przyjaciół na trasie pomógł mi bez problemu ukończyć zawody w czasie 6 godzin i 45 minut.

Jestem zła i dlatego postanowiłam, żeby za tydzień w Mrągowie, gdzie miałam startować na przyjemnym dystansie 1/4, jeszcze raz zmierzyć się z połówką. Nie wiem jak będzie wyglądała moja sportowa przyszłość, bo od jesieni czekają mnie wielkie wyzwania w moim życiu zawodowym, dlatego chce zakończyć sezon (i być może karierę) mocnym akcentem.. Trzymajcie kciuki. :)"

Jola

 

 Wyniki AKS Polonia Warszawa:

Ironman 70.3 Gdynia:

Lp Msc Nr Nazwisko i Imię Msc Kat Kat Pływanie Msc P T1 Msc T1 Rower Msc R T2 Msc T2 Bieg Msc B Wynik
#1 141 1240 Lew-Mirski Janusz 24 M40 00:27:35 30 00:02:06 31 02:31:37 227 00:02:10 104 01:35:17 288 04:38:45
#2 386 532 Tyszka Dariusz 76 M40 00:41:19 1308 00:03:05 1171 - - 13:41:50 835 04:58:19
#3 401 413 Panufnik Tomasz 106 M35 00:37:19 802 00:02:27 669 02:36:55 402 00:02:10 411 01:40:23 462 04:59:14
#4 1807 183 Miłko Jolanta 26 W40 01:01:42 1943 00:03:46 1939 03:32:59 1854 00:04:03 1882 02:06:43 1485 06:49:12
#5 - 1256 Tusiński Łukasz - - - - - - DNS

 

Sprint Gdynia:

Lp Msc Nr Nazwisko i Imię Msc Kat Kat Pływanie Msc P T1 Msc T1 Rower Msc R T2 Msc T2 Bieg Msc B Wynik
#1 426 1029 Listkiewicz Monika 8 K40 00:17:10 434 00:02:42 367 00:40:00 400 00:02:48 382 00:26:16 510 01:28:56
#2 752 38 Puchalski Paweł 20 M55 00:19:32 659 00:05:17 715 00:43:38 626 00:03:51 689 00:36:56 792 01:49:14

 

Źródło: własne, Enduhub.com / fot. AMI, Julia

Share
Free Joomla Template created by College Jacke