UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

O tym jak byłam na Śnieżce. Razy dwa.

Utworzono: 19 lipiec 2017
Marta Durakiewicz

DSC_0917.JPGW tym roku postanowiłam uczcić urodziny na biegowo i to koniecznie w górach. I tak oto kalendarze biegowe doprowadziły mnie do “3 razy śnieżka = Mount Blanc”. Z 3 dostępnych dystansów wybrałam średni - 2x Śnieżka, 36 kilometrów i -/+ 2000 metrów przewyższenia. Decyzja podjęta niemal od razu, Śnieżka razy dwa będzie moja! Trzeba tylko zapłacić i się przygotować. Niestety chwilę później dopadł mnie ITBS (kontuzja pasma biodrowo-piszczelowego), zima głównie przeleniuchowana. W kwietniu zaczęłam ruszać się trochę więcej, ale głównie były to jakieś starty, na których odczuwałam, że forma pozostawia wiele do życzenia.

Miesiąc przed startem znalazłam dodatkowo bieg, który wypadał dokładnie w moje urodziny (2 dni przed Śnieżką) - Bieg Chomika na 10 km. Oczywiście doszłam do wniosku, że to będzie dobre rozruszanie, a dodatkowo idea biegu do mnie przemówiła - zbiórka karmy i rzeczy potrzebnych dla zwierząt ze schroniska. Jak postanowiłam tak zrobiłam.

DSC_1069.JPG

Pobiegłam i na początku było całkiem fajnie. Biegłam za balonikiem na 45 min jednak po jakiś 3km upał i brak formy życiowej dał się we znaki i zaczęłam puchnąć. Tempo miałam mocno zmienne, na koniec jeszcze udało mi się przyśpieszyć ;).

Ostatecznie skończyłam poniżej 48 minut i zajęłam 3 miejsce w kategorii wiekowej. :)

Dzień przed Śnieżką obudziłam się z bolącymi mięśniami - “ brawo ja” pomyślałam, to było co najmniej niemądre. Ale plecak zapakowany, bilety kupione, nawet miałam swojego fotografa, więc trzeba było jechać!

Po 10 godzinach podróży udało się dotrzeć do Karpacza i odebrać pakiet, który swoją drogą miło mnie zaskoczył. Była w nim książka, buff, kubeczek składany - idealny na trasę i żel (którego i tak nie zjadłam, bo nie lubię żeli ;) ).

Pakiet odebrany zatem czas na kolację i pakowanie ekwipunku na bieg. Nie powiem, stresowałam się bardzo. W górach największy dystans jaki pokonałam biegnąc to 20 km na Gorc w sierpniu 2016. W końcu postanowiłam zapakować: 1 litr wody w bukłaku, 250 ml soku pomarańczowego w bidon, 3 batony (z chia, daktyli i karobu), pół paczki paluszków i ze 2 duże garści orzechów.

Dzień startu

Na śniadanie wszamałam 2 buły z dżemem zapite kawą i tuż przed startem jeszcze banana.

Im bliżej startu, tym bardziej byłam zestresowana, obawiałam się bardzo czy dam radę - z racji braku odpowiedniego przygotowania, na dodatek była dopiero 9 godzina, a wysoka temperatura już dawała się we znaki. Plan w głowie był ułożony na 90 min pod górę, 65 min w dół, 105 min w górę, 80 min w dół i koniec ;) Główne założenie to zmieścić się w 6 godzinach, acz miałam apetyt na 5 h 45 min, a może i mniej?

No i bum! Starter strzelił, startujemy!

19453235_631394403719692_349849362439878668_o.jpg

Upał okropny, uda bolą po Chomiku, czułam, że poruszam się jak żółw. Po 50 minutach “biegu” byłam dopiero na 5 kilometrze. Zatrzymałam się zrobić foteczki i złapać oddech. No nie powiem, widoczki całkiem ładne! Złapałam łyk wody i napierałam dalej pod górę. Słońce praży niemiłosiernie, a mi w głowie zaczynają pojawiać się myśli: czy ja w ogóle ukończę ten bieg?!

Próbując jednak zachować optymizm poruszałam się do przodu, nagle z nieba spadł mi kawałek zbiegu, ile to radości było! W końcu to ja zaczęłam wyprzedzać! Adrenalina zaczęła buzować, szczyt był coraz bliżej, już był prawie na wyciągnięcie ręki. Żeby tego jeszcze było mało, właśnie wtedy zaczęło wiać, co było naprawdę przyjemną odmianą, po słonecznym piekarniku. Jeszcze kawałek podbiegu i... mamy to! Śnieżka po raz pierwszy!

Trochę później niż planowałam, ale foteczki zrobione więc można lecieć w dół! Między Śnieżką a Domem Śląskim spotkałam mojego fotografa, co dodało mi trochę energii. Przy schronisku zatrzymałam się na momencik, złapałam kilka łyków coli. Jakież było moje zdziwienie kiedy stwierdziłam, że jest wprost wyborna!

Cukier zaczął krążyć w krwioobiegu, a ja, slalomem, między turystami na dół. “Skacząc” z kamienia na kamień, którymi jest wyłożony szlak, dotarłam do  zakrętu pod kątem prawie 180 stopni! A biegłam z niemałą prędkością, kostka się wykręciła i niewiele by brakło bym zęby zbierała. Im niżej, tym mniej wiało i upał powracał. Ze szlaku zniknęły kamienie, pojawił się żwir i co kilkadziesiąt metrów drewniane belki w poprzek ścieżki! Zupełnie jakby ktoś polował na biegaczy, bo potknąć się o to wcale nie było trudno. Skupiając się, by nie złapać zająca leciałam w dół czując jak upał odbiera mi energię. Kiedy czułam zbliżający się kryzys zobaczyłam, że koło jedna z restauracji wystawiła wąż ogrodowy i kubeczki z wodą. Wzięłam szybki “prysznic” i pognałam dalej, wiedziałam, że półmetek już jest blisko.

Wbiegając na półmetek ucieszyłam się niesamowicie, bo wbiegłam, aż 8 minut przed zaplanowanym czasem! To co nadrobiłam postanowiłam wykorzystać na odpoczynek, dokończyłam jakiegoś batona z trasy, kawałek arbuzika i oczywiście hektolitry przepysznej cieplutkiej coli! Mimo gigantycznego upału, 18 km w nogach w dalszą trasę ruszyłam z uśmiechem i pełna optymizmu.

19401816_631546640371135_8453810498041465692_o.jpg

Drugie podejście biegliśmy innym szlakiem, który był nieco bardziej stromy i chyba nieco bardziej malowniczy? Na pewno mijałam tablice upamiętniające ludzi, którzy w górach zostali na zawsze. Generalnie to jakoś mało faktów kojarzę z tej części biegu - chyba byłam już zmęczona. Ale było bardzo miło, mijałam znacznie więcej turystów, którzy zawsze powiedzieli kilka słów czy też proponowali wodę. To było bardzo pozytywne i dodawało energii!  Niestety ostatni kawałek podejścia nie dość, że był bardzo stromy to jeszcze zatłoczony. No i te palące słońce.... Co chwila przystawałam. Ale! Udało mi się zdobyć Śnieżkę po raz drugi i to w ciągu jednego dnia! Szybkie foteczki i dół! Adrenalina uderzyła do krwi. Przy Domu Śląskim przystanek na arbuza  i colę, a co należało się. Zamieniłam kilka zdań z innym biegaczem, z którym ciągle się mijaliśmy, to ja go na zbiegu, to on mnie na podbiegu ;)

Ruszając w dół z Domu Śląskiego był jeszcze kawałek płaskiego i kawałek pod górkę. Nie wiem czemu, ale te kawałki na płasko męczyły mnie najbardziej ;). Dlatego byłam przeszczęśliwa, że zaczyna się ostry zbieg. Mimo wszystko zmęczenie dawało się we znaki, czułam jak powoli krew odpływa od mózgu, a moje reakcje spowalniają. Garmin pokazywał, że mam szansę zmieścić się poniżej 5 godzin i 20 minut! Bardzo się tym podekscytowałam, bo takiego wyniku się nie spodziewałam! Jednak moim głównym postanowiłam był zbieg w jednym kawałku - nie walcząc już o każdą sekundę z wyniku końcowego.

DSC_1608.JPG

Kostki wykręcały się co chwila na boki. Ostry zakręt, który pamiętałam z pierwszego zbiegu znów zapewnił mi dawkę emocji, bo tym razem się potknęłam i chyba tylko uratował mnie fakt, że jakiś turysta stał obok ;) Kolejna powtórka z rozrywki to spadająca wysokość i rosnąca temperatura. Przez co niestety zdarzyło mi się dwa razy zatrzymać, by solidnie uzupełnić płyny, ciągle myśląc, że już za chwile będzie TA restauracja z wężem i znowu wezmę “prysznic’. Po tej małej kąpieli czułam się już jak zwycięzca, wiedziałam, że jestem już prawie na mecie, więc już napierałam ile tylko sił w nogach zostało.

Meta

Widząc metę na horyzoncie miałam łzy szczęścia w oczach. Widziałam, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi. Słyszłam już spikera. Ale nic do mnie już nie docierało. W końcu przekroczyłam linię końcową i dostałam medal! Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu i radości zegarek został zatrzymany z czasem 5 godzin i 11 minut!!! Dostałam taki zastrzyk endorfin, że nawet siedzieć nie chciałam! Widziałam już tylko colę, pomarańczę i arbuzy! Kiedy już trochę pojadłam, popiłam zobaczyłam, że wbiega na metę biegacz, z którym się mijałam. Podziękowaliśmy i pogartulowaliśmy sobie przytulaskiem, a ja ruszyłam w długą podróż do hotelu pod prysznic. Jak przystało ja Karpacz najpierw czekało mnie zejście z górki, a potem jeszcze wejście pod górkę.. ;)

Wnioski

  1. Nigdy więcej dwóch startów w jednym tygodniu!
  2. Trzeba więcej pić - zostało mi jeszcze wody w litrowym bukłaku...
  3. Pamiętać o jedzeniu - zapomniałam o istnieniu paluszków i orzechów. Zjadłam tylko 2 batoniki po 50g i kilka kawałków owoców.
  4. Zawsze zachowywać pozytywne myślenie - coby się nie działo!

DSC_1722.JPG

Podziękowania

Na koniec chciałabym podziękować mojemu fotografowi Maciejowi, który też się nalatał po Śnieżce bym tylko miała parę fotek. Ale przede wszystkim dziękuję za tego kopniaka na starcie i pomoc w dotarciu do hotelu i do domu, co wcale łatwe nie było, bo mięśnie odmawiały posłuszeństwa ;)

Bardzo dziękuję też organizatorom za świetny bieg! Na pewno tu wrócę, może nie za rok, bo jeszcze dużo innych biegów przede mną do odkrycia, ale bez wątpienia dystans długi - 3x Śnieżka jest moim celem!

A i oczywiście dziękuje pięknie HERNIK TEAM za odjazdowe zdjęcia!

DSC_1757.JPG

Share
Free Joomla Template created by College Jacke