UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Sny się spełniają... (IM 70.3 Ruegen '2015; filmy + foto)

Utworzono: 16 październik 2015
AMI

P9144662bcKiedyś, dawno temu śniła mi się Australia. Wstając z łóżka aby, wyszykować się na trening, szedłem do łazienki z zamkniętymi oczami, aby jak najdłużej być na Antypodach. Wrażenia nie popsuł nawet fakt, że w tym śnie odwaliłem naprawdę ciężki trening, aby za chwilę rozpocząć kolejną, już prawdziwą młóckę. Było to tak dawno, a ja wciąż ten sen pamiętam jak bym miał go przed chwilą... i marzę.

W jeszcze bardziej w zamierzchłych czasach okazało się, że była możliwość zamieszkania w Australii, ale mój Tata, tłumacząc „Polska to Polska, to nasz kraj" postanowił zostać w tym komunistycznym syfie.

27 sierpnia 2014 roku miałem wypadek na rowerze. Należało mi się przynajmniej trzytygodniowe zwolnienie lekarskie. Nie chciałem, gdyż za trzy dni miał mieć miejsce start w Mrągowie, a za siedemnaście - start sezonu na Rugii. Mrągowo zakończyłem po ok. 50 metrach, Rugię dociągnąłem do końca, ledwo co. Z uwagi na warunki atmosferyczne pływanie zastąpiono biegiem. Na rowerze zaś lało ja z cebra, a do tego dokuczało zimno. Bieg „pływacki" jak i ten właściwy to zmaganie się z ogromnymi, powypadkowymi bólami.

Po zawodach podjąłem decyzję – wracam tu za rok, w pełni sił, pokonam tę trasę i udowodnię, że poprzednim razem była mocno dla mnie niesprawiedliwa. A do tego te świeże ryby, zwłaszcza w bułce.

Teraz już mogę głośno przyznać – w trakcie okresu przygotowawczego, zupełnie bez poparcia w rzeczywistości i wynikach (takich jak ja i lepszych, w samej Polsce jest kilkudziesięciu czy kilkuset), wpadłem na pomysł, że w nowym sezonie wywalczę kwalifikację na Mistrzostwa Świata IRONMAN 70.3, które odbyć się mają w... Australii.

Szanse były trzy – IRONMAN 70.3 Gdynia, IRONMAN 70.3 Ruegen oraz ostatnia deska ratunku, chyba najmniej oheblowana, IRONMAN 70.3 Arizona.

Pierwsza próba w Gdyni z góry była spisana na niepowodzenie – trzy tygodnie po pełnym dystansie w Zurychu, na dużym zmęczeniu, które dawało znać przede wszystkim w trakcie wysiłku. Daleko od życiówki, 16. miejsce w kategorii i tylko cztery sloty. „A pójdę se" - pomyślałem, „może z roll-down'a na wydrę się uda, najwyżej na kolejnych zawodach udowodnię sobie, że Mistrzostwa mi się należały". Rollowanie skończyło się szybciej niż zaczęło. Kolejna szansa w NRD.

Po zawodach w Mrągowie, jak co każdą imprezę, we wszystkich dostępnych dla oka miejscach Małżonka ma rozwiesiła motywujące logo IRONMAN 70.3 Ruegen, aby przez myśl mi przypadkiem nie przeszło odpuszczenie treningu, czy też pomyślenie, że nie mam siły. Jest cel, jest robota do zrobienia.

Pora więc ruszać do Niemiec. Podjechałem po pracy komunikacją miejską pod Cyborg-arbeit. Szybka akcja schowania roweru na tylne siedzenie samochodu zakończyła się połowicznym sukcesem. Rower znalazł się w środku, ale w trakcie zdejmowania koła urwałem hak. Jest źle. Jedyne wyjście to szybka wizyta u Jurka Brodawki, niezawodnego fachowca.

Uff, naprawił, było dobrze. Teraz już mogliśmy spokojnie grzać do Myśliborza, aby spokojnie odpocząć i się zregenerować – tam, w pobliskim hotelu, mamy przerwę w podróży. Jeszcze tylko tankowanie i na dobre można rozbujać maszynę.

W Grodzisku Mazowieckim napoiłem bolida paliwem o najwyższej dostępnej na stacji jakości. Cóż z tego, skoro chwilę po odpaleniu zaczął się krztusić, stanowczo odmawiając współpracy. Szybka analiza objawów i ostatnich kilku minut z życia. Sezamki kupione, woda też. A do tego zachowałem się jak typowa blondynka. Do diesla wlałem cały bak benzyny. Ależ to niemożliwe, na dystrybutorze widniało wyraźnie – pierwszy z lewej ON, następny Ultimate i to też na pewno ON, kolejna benzyna, a na końcu benzyna Ultimate.

Karola szybko namierzyła warsztat. Aż dziw, że nas nie wykopali za bramę, bo przecież po godzinie 16 „na warstatach" już nie robią. Spotkaliśmy się z takimi przypadkami. Co prawda serwis japońców, ale właściciel powiedział, że zrobi co się da. Tylko samochód trzeba dopchnąć te 250 m. No to ja za kierownicę, Cyborg pcha, przecież ja świeżość łapię. Nie wiem czemu, pomysł ten nie znalazł zrozumienia tej części wycieczki. Tak więc wiązanie młynowe z samochodem, proste plecy, tyłeczek wypięty jak na szwedzkim pornosie, głowa do góry i raaaz...

Chcąc nie chcąc musiałem wydostać rower z tylnego siedzenia – spuszczanie paliwa było możliwe tylko spod kanapy. Nie chciałem go stawiać przerzutkami na ziemi, więc musiałem założyć koło. Ciężko szło, ale weszło, tylko przerzutki przestały działać. Siłowa próba uruchomienia zakończyła się zerwaniem linki. Gówno, nigdzie nie jedziemy. Trochę tego za wiele jak na półtorej godziny podróży. Podczas wyścigu zapewne, w najlepszym przypadku, skręcę sobie kark. Na co mi to ?

Mimo moich zakazów Karola dzwoni po poradę do Jurka. On przekonuje, że to nic takiego i na miejscu w serwisie zawodów bez problemu sobie z tym poradzą. Zaufałem.

Po dwóch godzinach i po tym jak właściciel warsztatu użyczył mojej Małżonce swój samochód, aby pojechała po ropę (tam się przekonałem, że obok ON była benzyna Ultimate, a lepszy ON na przeciwnym krańcu dystrybutora), uznałem, że są na tym świecie jeszcze, oprócz mnie, porządni ludzie i z nieco większym optymizmem ruszyliśmy w dalszą drogę. Z dzisiejszej regeneracji nici, ale chociaż samochód działa.

Po szybkiej pobudce, gdzieś w północno-zachodnich rubieżach naszego pięknego kraju, na tzw. ziemiach wyzyskanych, udałem się z towarzyszką życia i podróży na krótką przebieżkę. Byłoby naprawdę miło, gdybym w kółko nie myślał o moim okaleczonym rowerze.

Hotelowe śniadanie było na wysokim poziomie. Nie mogłem jednak wszystkiego skosztować, choć oferta kusiła. Ale ze śledzia w bułce w Stralsund nie mogłem zrezygnować. W końcu po to tutaj przyjechałem :)

Binz przywitało nas mocnym wiatrem. Takie małe déja vu. Po zalogowaniu się w hotelu i rzucie oka na wzburzone morze wyruszyłem na poszukiwanie serwisu – na zawodach zawsze takowy się znajduje. Przemierzyłem całą strefę expo i nic. W informacji powiedziano mi, że serwis jest przy strefie zmian, więc pognałem do niej jak szalony. Strefa ledwie nabierała właściwych kształtów, a o serwisie nikt nie słyszał. Byłem w tym momencie w stanie udusić własna Żonę, ale mi się wyślizgnęła.

Koniec żartów, ostatnie podejście i albo rower będzie sprawny, albo wracamy do domu. Ruszyłem kolejny raz na expo, wciąż nic. Jest stoisko ze sprzętem rowerowym, nawet jakiś rower stoi. To nie to. Ale zaraz, ten wygląda na używany i na pewno nie na sprzedaż. Za chwilę coś mi świta w głowie – w zeszłym roku tę firmę reklamowali jako tę, która będzie ratować ludzi z opresji związanych z awariami ich rowerów. Następnie dojrzałem narzędzia i inny sprzęt serwisowy, jestem uratowany !!! Gość zbadał pacjenta i dał znać, że się zrobi. Bosko !!!

Humor od razu wrócił, ale za momencik dopadło mnie kolejne zmartwienie – w takich warunkach morskich brak pływania w niedzielę jest murowany. Na starcie przynajmniej 10 minut w plecy. Ja to sobie w takich falach poradzę, bo jakieś specjalnie wielkie nie są ale organizatorzy mogą mieć odmienne zdanie na ten temat. Nic, nie ma co się na zapas dołować. Będzie jak będzie, byle było.

Po południu udałem się na wypas makaronowo-sałatkowo-owocowy, który oferowany był uczestnikom zawodów. Mógłbym jeść i jeść, ale nauczony doświadczeniem ze Szwajcarii stwierdziłem, że z niczym jednak nie należy przesadzać.

Dzień przed startem postanowiłem sprawdzić, kto jest silniejszy, ja czy fale. Wygrałem, ale, o ile nie zrobią pływania biegowego, wielu może mieć problemy w trakcie zawodów. Rower przetestowałem na krótkiej przejażdżce i wszystko działało. Nic tylko walczyć.

Relaksująca, krótka z założenia wycieczka do Sassnitz na klif nieco się przedłużyła, ale warto było powspinać się, aby obejrzeć go z góry i z dołu. Plaża pod klifem skupiła swoją uwagę także innych uczestników IRONMAN 70.3 Ruegen wraz z rodzinami.

Czekała mnie jeszcze wizyta w strefie zmian aby zostawić w niej rower, który zawisł na tradycyjnie za niskim stojaku. Przykryłem go przed deszczami, przeznaczonym do tego foliowym pokrowcem. W strefie też dowiedziałem się, że pływanie dojdzie do skutku. Zapowiadało się dobrze.

Jeszcze tylko carbo-kolacja, drobne przygotowanie sprzętu, leżing i spać.

Obudziłem się lekko zgłuszony, choć spałem dziewięć godzin, ale zawsze tak jest, gdy obowiązki czekają. Śniadanko spożyłem godne dnia startowego. Musiałem jeszcze uzupełnić płyny w rowerowych bidonach, przyczepić buty, odwalić krótki leżing i byłem gotowy do startu.

Idąc na plażę przyglądałem się zawodnikom startującym, nomen omen, we wcześniejszych falach. Nie darowałem sobie, krótkiego rozpływanka.

Po kilu minutach wsłuchiwania się w rady Taty, pomachaniu Karoli, która już czatowała na molu, oczekiwania na start, podgrzaniu pianki od środka i wybrania najlepszej wg mnie pozycji do walki, nastąpił start.

Rzuciłem się do Bałtyku najszybciej jak tylko potrafiłem. Fale nie ułatwiały oddalenia się od brzegu. W końcu jednak mogłem zacząć płynąc i po kilkunastu metrach byłem już pierwszy. Nie rywale jednak w tym momencie zaprzątali mój umysł, tylko stan morza. Co prawda brałem oddech w stronę mola, co pozwoliło mi zadbać jako tako o kierunek płynięcia, ale co chwila albo wpływałem na fale, a następnie z nich spadałem, albo fale uderzały we mnie wybijając totalnie z rytmu; ten problem jednak opanowałem i gdy wiedziałem, że na fale nie wpłynę, to podpływałem pod nią.

Od jakiegoś jednak czasu nie płynąłem już sam. Dociągnął do mnie jeden taki. Przemierzaliśmy zatem Bałtyk wspólnie. Ładnie się to ułożyło, bo koleżka płynął z mojej prawej strony, a do tego nieźle nawigował więc tę kwestię pozostawiłem jemu. Tylko co jakiś czas robiłem kilka mocniejszych cykli, aby sprawdzić czy w razie czego jestem w stanie wyprzedzić tego obok – bezproblemowo.

Czym dalej od brzegu, tym fale mniej dokuczały, choć wcale chyba nie były mniejsze, gdyż bojka nawrotowa, jak się okazało ogromna, raz się pojawiała, a raz znikała. W końcu do niej dotarliśmy i rozpoczęliśmy pływanie wzdłuż odległej plaży. Chwilę jednak za nawrotem mój towarzysz z trasy się zatrzymał, więc ja wraz z nim, aby się dowiedzieć czy jest git. Odpowiedział, że jest git, więc poleciałem dalej. No ale taki stan rzeczy mi nie pasował, gdyż teraz ja prowadziłem i musiałem nawigować, co sprawiało mi problem, więc postanowiłem dać się wyprzedzić, gdyż mój rywal był zaraz za mną. Już był równo ze mną, ale z mojej lewej strony, więc przeskoczyłem na druga i nastał stan pełnego komfortu. W pewnym momencie, nie wiem kiedy, koleżka od nawigowania mi zniknął. Nie wiem jak, ale znalazł się przede mną i tylko od czasu do czasu widziałem w falach jego czepek, który wmieszał się w inne należące do wyprzedzanych przez nas pływaków ze wcześniejszych fal.

W końcu doczłapałem do ostatniej bojki nawrotowej i już totalnie pogubiłem się w terenie. Nie wiedziałem, gdzie jest meta etapu pływackiego. Musiałem na chwilę przycupnąć i się rozejrzeć. Nie wyglądało to dobrze, bo nadrobiłem nieco dystansu i musiałem się cofnąć.

Jak się okazało, przede mną była jeszcze jedna niespodzianka – doświadczenie, które mam nadzieję zaprocentuje. Wyjście z wody w niełatwych morskich warunkach. Fale tę czynność mocno utrudniały, bo gdy wydawało się, że można już biec bo woda sięga ledwo do kostek, nagle nadchodziły przypływ i woda sięgała pasa. Można więc była przyszczupakować i skoczyć do wody, aby kontynuować pływanie, a w tym czasie pojawiało się dno i przy niezachowaniu należytej ostrożności można było spożyć sporą dawkę piachu. I tak wydostawali się wszyscy z odmętów Bałtyku. Raz łapało się rytm do biegu, a za momencik fala zalewała stabilną nawierzchnię i wciągała delikwenta z powrotem. Zawodnicy wygadali jak zombie – przygarbieni, z pokrzywionymi twarzami, z rękami wykonującymi przedziwaczne ruchy.

W końcu udało się stanąć na twardej ziemi, posłuchać dopingu kibiców. Mój narząd słuchu odebrał słowa wsparcia od Karoli i relację z trasy oraz wskazówki od Taty.

Był czas aby dojść do siebie, bo dobieg do T1 był dość długi, wg mnie dłuższy niż w Gdyni. Wzdłuż niego wydzierały się w niebogłosy rodziny i znajomi zawodników oraz fani neutralni.

Strefa zmian minęła w miarę sprawnie, między innymi dzięki wolontariuszom, poza jednym sprzętowym incydentem. Podobnie jak na Volvo w Brodnicy odczepił mi się częściowo jeden element od kasku. Mocowałem się z nim bezskutecznie, aż podjąłem decyzję, że jadę tak jak jest i trudno. W tym momencie przypomniałem sobie pewną fotkę z Brodnicy, na której z tą „awarią" wyglądałem dość głupkowato, więc nie mogłem sobie pozwolić na identyczną skazę na wizerunku. Wziąłem głęboki oddech, pomyślałem czego mi zabrakło w brodnickim T1, aby naprawić kask. Zadziałało !!! Mogłem już z czystym sumieniem pozować do zdjęć.

Z uwagi na deszcz i chłodny wiatr w planach miałem pedałowanie w ortalionie, ale zauważyłem - podążając dobiegiem z plaży - zawodnika ubranego jedynie w rękawki. Takowe miałem już na sobie. Ortalion jest upierdliwy – podjąłem decyzję: jadę bez dodatkowej garderoby. Jak się okazało rękawki doskonale się sprawdziły. Co prawda stopy skostniały, ale na to nie miałem już żadnego, rozsądnego według mnie wpływu.

Ruszyłem na pierwszą pętlę. Co jakiś czas przecierałem szybkę w kasku, gdyż przez krople deszczu traciłem kontakt wzrokowy z drogą. Trasa była pofałdowana, ale można było znaleźć kilka płaskich odcinków. Nie podjazdy stanowiły jednak na tę chwilę problem, a silny wiatr, który wymuszał rewolucyjną czujność. Musiałem mocno trzymać swój pojazd. Zdarzały się momenty, gdy wydawało mi się, że jadę lekko nachylony na jedną stroną, stawiając tym samym opór podmuchom.

Trasa jak zwykła obstawiona moimi najwierniejszymi fanami – Żonką, Rodzicami i ich Ziomami. Miło jest, gdy ktoś czeka z talerzem zupy.

Wiatr momentami był tak silny, że gdy na jednym ze zjazdów pod koniec pierwszej rundy widowiskowo się złożyłem i usiadłem na ramie roweru, zamiast nabierać prędkości gwałtownie zacząłem ją wytracać, co zmusiło mnie do zajęcia miejsca na siodełku i kręcenia dalej pedałami ile sił w nogach.

Na części rowerowej wyprzedził mnie na pierwszej pętli jeden zawodnik z kategorii młodszej, którego musiałem przegonić na pływaniu, a na dalekim odcinku drugiej pętli solidarnie, jeden za drugim, dwóch moich bezpośrednich rywali, co udało mi się stwierdzić po odczytaniu z ich numerów oznaczenia kategorii wiekowej.

Rower zakończyłem w niezłym nastroju, choć bolało mnie, że dałem się opędzić przez jakiś dwóch leszczy. Dojeżdżając do strefy usłyszałem od Ojca, że jestem pierwszy w kategorii (dane z Warszawy z internetowej relacji na żywo), ale wiedziałem, że ten nius jest już nieaktualny, zresztą według mnie i tak był obarczony dużym błędem.

W T2 rzuciłem okiem na tojtoje z myślą aby skorzystać, gdyż wlane tego dnia płyny zaczynały tworzyć delikatny menisk wypukły. Podjąłem decyzję o rezygnacji, bo chyba nie jest tak tragicznie i szkoda czasu. Procedura przebierania zaczęła się od walki z workiem, którego sznurek zapętlił się tak, że nie dawałem sobie z nim rady przez dłuższy czas. Jak już udało się pokonać sznurek i założyć buty, to nie mogłem wsadzić do worka kasku, w czym pomogła mi wolontariuszka.

Zgrabnie wybiegłem ze strefy mijając moją ekipę, która doładowała mnie mentalnie i energetycznie.

Nie było źle, ale oczekiwałem świeżości jak bym z łóżka wstał. Całe rozważania nad tym, czy jest dobrze czy wręcz naprzeciwko, przerwało uczucie przelania pęcherza, a co gorsza śniadanie i żele dopominały się agresywnie o swoje. Oczy mało mi z orbit nie wyskoczyły, ale stwierdziłem: „nie ma czasu, strój jest pojemny, a do tego wszystko się w nim ułoży. jakby co walę w gacie".

Teraz pozostało tylko walczyć i nie dać się wyprzedzić zbyt wielu rywalom. Wśród zakwieconej trasy biegowej zobaczyłem biegnącego z przeciwka pierwszego z mojej kategorii Niemca. Wyglądało, że potrafi biegać. Odmierzyłem dzielącą nas odległość i czekałem na kolejne spotkanie. Jakiś czas za Niemcem przemierzał swój odcinek kolejny zawodnik – Holender, który wyglądał na moją kategorię (nie mogłem dojrzeć na numerze z której grupy wiekowej był). Miałem więc odniesienie. Należało więc nie pozostać zbyt stratnym do czołówki i dać z siebie wszystko, do samego końca.

Kolejny kontakt wzrokowy z Niemcem. Uhuhu, gdzie mi do niego i do Holendra nie bliżej. W trakcie wyprzedziło mnie kilku takich, którzy wyglądali na dziadków w okolicach mojego wieku. Poprzeczkę należało obniżyć i złapać chociaż pierwszą dziesiątkę. Co prawda Tata mi krzyczał, że jestem drugi czy trzeci, ale zwalałem to na emocje, które wzięły górę nad rzeczywistością.

I tak mijał mi czas – naprawdę ciekawa trasa, ból rozrywający mięśnie nóg, ciecz i posiłek na wylocie, cztery strome podbiegi, na których mnie odcinało jak na żadnych innych podbiegach wcześniej, energetyczna Rodzina, głośni i kolorowi kibice oraz wspaniali wolontariusze.

Chyba nie było ze mną tak źle, bo udało mi się kilka razy wybełkotać coś do Rodziców i Karoli, co podobno zrozumieli czy przybić z nimi piątki. Rozbujałem też do głośniejszego dopingu kibiców, a pod koniec ucałowałem Cyborga. Wszystko było inaczej niż na innych wyścigach.

Odmierzając dystans do miejsca, w którym był drogowskaz na kolejne pętle oraz do mety zastanawiałem się, nauczony doświadczeniem ze Szwajcarii, aby czegoś nie schrzanić, czy na pewno tam powinienem skręcić. Podjąłem ryzyko i skręciłem.

Wybiegłem na ostatni odcinek, długą prostą. Byłem ja, dywan, kibice i widok na Bałtyk. Uczucie gigant. Przekroczyłem linię mety sam, nikt mnie nie ścigał. Odebrałem medal. W strefie finiszu już czaiła się Karola, która uściskała mnie fest. Nad rozdzielającymi nas barierkami wychylali się Rodzice, którzy nie mogli się doczekać, aby utulić na pewno zmęczonego synka i zapytać się czy dobrze się czuję. Tata powiedział, że jestem trzeci, ale nie zna dokładnego wyniki, bo nie wyświetlił się na tablicy. Nogi pode mną się ugięły, w Zurychu też się nie wyświetlił. Pogadaliśmy chwilę, ale ja myślami byłem już gdzie indziej, nie wiem gdzie, ale gdzie indziej.

Pożegnaliśmy się. Złapałem szybko za telefon i wszedłem na stronę relacji na żywo, aby zobaczyć który jestem i z jakim wynikiem, a tam DNF (Did Not Finish). W szczegółach nie było ostatniego, około trzystumetrowego odcinka, chyba tego za drogowskazami. „No żesz !!! Wypier... ten medal !!! Oczywiście musiałem jednak coś źle zrobić.".

Najpierw poszliśmy szybko coś zjeść do przeznaczonej do tego strefy, mijając tablicę z wywieszonymi wynikami. Moje nazwisko tam jednak widniało, z wynikiem nie najlepszym, ale byłem. Na pewno jednak to zweryfikują na moją niekorzyść i zniknę z listy. Mimo mych oporów,  Dyrektor sportowy mojej załogi nakazał mi grawerkę nazwiska i wyniku na medalu, który zdążyłem już znienawidzić. Zapomniałem nawet o dolegliwościach żołądkowych.

Jadłem, ale słabo mi to szło. Chciałem jak najszybciej wrócić do hotelu i ponownie sprawdzić wyniki na komputerze. Kurczę, w komputrze byłem. Na trzecim miejscu. Nadal nie mogłem w to uwierzyć i czekałem niecierpliwie na dekorację. Nie przyjmowałem żadnych wiadomości na temat mojej pozycji, dopóki oficjalnie tego nie ogłoszą.

Przed dekorację poszedłem odebrać rower. Tam w długiej kolejce wymieniałem się spostrzeżeniami z wyścigu z innymi uczestnikami. Wtedy zorientowałem się, że bez Karoli nie jestem w stanie poradzić sobie ze zwykłymi czynnościami dotyczącymi sprzętu w strefie zmian. Jako fotoreporter miała dostęp do niej, ale nie chcąc w żaden sposób kusić losu, nie pomagała mi w opuszczeniu strefy, aby jakiś nawiedzony sędzia nie dał mi czerwonej kartki za przyjęcie pomocy w pakowaniu butów do plecaka. Ale co się działo. Odpinając buty od pedałów puściłem rower, a ten, niewiele brakowało, wywaliłby kilkadziesiąt tysięcy karbonowych eurasów. Nie wspomnę już o prowadzeniu roweru mając ze sobą plecak, kask i worki z ubraniem. Totalne zagrożenie dla świata.

Już nieco spokojniejszy zrobiłem drugie podejście do uzupełnienia brakujących kalorii. Jadłem i jadłem. Jadłbym dłużej, ale Cyborg poinformował, że za chwilę jest dekoracja i warto by było, gdybym na nią się nie spóźnił.

Długo trwały różnego rodzaju podziękowania dla lokalnych władz, klepanie się po plecach i słodzenie sobie nawzajem. Doszliśmy w końcu do chwili, której tak naprawdę się nie spodziewałem, przynajmniej nie teraz – wzięcie udziału w dekoracji na imprezie organizowanej przez IRONMAN, nieźle.

Bezbłędnie wyczytano moje nazwisko. Przeszedł mnie dreszcz. Poproszono, w towarzystwie innych zawodników, którzy zajęli trzecie miejsca w swoich kategoriach wiekowych, na scenę. Nie zwlekałem, żeby się ktoś nie rozmyślił. Tam wręczono mi statuetkę i drobne nagrody rzeczowe. Potem pozowanie do zdjęć i inne wygibasy. Wszystko pod czujnym okiem Koleżanki Dyrektor Sportowej. Jak w holiłudzie na Oscarach. Fajnie było.

Potem nadeszła długo oczekiwana ceremonia przydzielania slotów na Mistrzostwa Świata w Australii w 2016 roku. Zaczęło się od krótkiego wstępu pogadankowego, pokazano film promujący Mistrzostwa i omówiono zasady przydzielanie kwalifikacji. I w końcu, powolutku, zbyt wolno odniosłem wrażenie, wyczytywano nazwiska zawodników z poszczególnych kategorii wiekowych, którzy za rok będą ścigać się na Sunshine Coast. Wreszcie padło moje – z trzeciego miejsca, na trzy sloty w mojej kategorii. Pełnowartościowa kwalifikacja, bez roll downa, bez ściemy. Zataczając się z oszołomienia, przy głosnych oklaskach, po raz kolejny udałem się na scenę, odebrałem gratulacje oraz dokument potwierdzający moją kwalifikację Wręczonego slota już nikt nie może mi odebrać. No prawie nikt. Jeszcze pozostają chciwi bankierzy, któży z jakiegoś powodu mogą zablokować możliwość płatności za kwalifikację. Tym razem jednak nie położyli swych brudnych łap na mojej karcie.

A propos płatności. Slota można opłacić tylko kartą płatniczą, a takowej nie posiadała zawodniczka, która wywalczyła kwalifikację na Antypody. Na pytanie prowadzącego ceremonię, czy ktoś mógłby użyczyć swojego plastiku, aby spełnić czyjeś marzenie, zgłosił się mężczyzna, który pomógł. Sport łączy, przynajmniej powinien.

W końcu mogłem odetchnąć. Zjeść śledzia i inne rybki.

Następnego dnia czekał nas długi powrót, w trakcie którego nie obeszło się bez zakupu na drogę, w rybnym imbisie w Stralsund, śledzia w bułce, a na miejscu wędzonego i smażonego w occie. Jeszcze tam wrócimy, choćby turystycznie.

Pozostał miesiąc z haczykiem i wakacje. Przede mną Arizona i teoretycznie szybka trasa, Można postawić fundament, w postaci dobrej życiówki, pod start na Mistrzostwach Świata, o których mógłbym jedynie dalej sobie marzyć, gdyby nie Rodzina, Trener, czy wsparcie techniczne, fizjoterapeutyczne (tym razem zbędne, ale rady procentowały) przyjaciół oraz znajomych.

Lew

 

Ironman 70.3 Ruegen ‘2015 – AKS Polonia Warszawa:

Div rank Overal rank Name BIB Swim Div rank (Swim) T1 Bike Div rank (Bike) T2 Run Div rank (Run) Overall
3złoty puchar 4124869 65 Lew-Mirski Janusz 523 00:31:31 2 00:03:37 02:26:04 4 00:03:38 01:37:00 3 04:41:50

 

Źródło: własne, fot. AMI

Share
Free Joomla Template created by College Jacke