UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Challenge Poznań 2015 (+FOTO)

Utworzono: 02 wrzesień 2015
AMI

29aPod koniec lipca w Poznaniu odbyły się pierwsze w Polsce zawody Challenge na dystansie 1/2 IM (1.9 km - 90 km - 21 km). Drużynę AKS Polonia Warszawa godnie reprezentowało dwóch znamienitych zawodników: Darek i Motyl. Chłopaki pokazali, na co ich stać i obaj zameldowali się na mecie z doskonałymi wynikami. Gratulujemy i zachęcamy do przeczytanie wrażeń obu Panów z tych zawodów.

Darek: Porachunki

"Rok temu debiutowałem w triathlonie, rozpoczynałem naukę treningu, zwiększyła się liczba godzin, które zacząłem temu poświęcać, zaliczyłem swoje pierwsze zawody. Ale robiłem to bez większego zamysłu, po prostu żeby się otrzaskać i zebrać doświadczenie. I równo rok temu zrobiłem pierwszą „połówkę”, właśnie w Poznaniu. Rok temu zawody w Poznaniu stały pod znakiem upału i wielu określeń, które starały się opisać panujące wtedy warunki tj. lampa, żarówa, ukrop, kończąc na tych, które dowodziły bogactwa zasobu leksykalnego triatlonistów, potwierdzając wszechstronność i kreatywność ludzi uprawiających ten sport :)

W tym roku było trochę inaczej. Dominowały określenia w stylu: urwanie łba, pizgawa, łomot i oczywiście te zdecydowanie bardziej wyrafinowane w wymiarze „pasyjnego kolokwializmu”.  Mówiąc oględnie bardzo wiało. Jeziorko Maltańskie zafalowało, a przez połowę pętli rowerowej trzeba było walczyć z czołowym wiatrem i bocznymi podmuchami, które czasami bardzo utrudniały utrzymanie obranego kierunku jazdy. Znów było więc sporo i niebezpodstawnych powodów, by móc uzasadnić wynik słabszy od oczekiwań ;)

Niezależnie jednak od panujących warunków są ludzie, którym wydaje się to zupełnie nie przeszkadzać. Jadą 40 km/h pod wiatr lub biegną 3:50 i więcej w 36° upale. Dlatego uważam, że zawsze, niezależnie od okoliczności, wynik zależy przede wszystkim od aktualnego poziomu wytrenowania i od predyspozycji dnia. Reszta to suma wrażeń, które mogą się złożyć na relację z zawodów :)

Swój pakiet odebrałem w sobotę po południu, kiedy już dogorywały echa zmagań z dystansów standard i sprint. Ścieżkami nad Jeziorem Maltańskim przechodziły się osoby w strojach startowych z medalami, często prowadząc swoje maszyny właśnie odebrane ze strefy zmian. Od sceny umiejscowionej przy mecie etapu pływackiego dochodziły jakieś rapowe brzmienia. A mnie dobiegały ubiegłoroczne wspomnienia mojego debiutu w tym miejscu na dystansie 1/2 IM i hardcore’owych warunków, które wtedy panowały. W potwornym upale, gdy zsiadłem z roweru na skurczach, zaraz na początku trasy biegowej nogi ugięły się pode mną. Doczłapałem w bólach do punktu medycznego i poprosiłem o pomoc. Sanitariuszka nie była w stanie nic zrobić, mięsnie były twarde jak kamień, dopiero rosły sanitariusz uporał się z nimi po ok. 10 minutach. Przebiegnięcie, a raczej marszobieg, tych czterech okrążeń wokół jeziora zajęło mi wtedy ponad 2,5 godziny.

Porzucając inwersję czasową, miałem z tą trasą pewne porachunki. Teraz miało być inaczej, a przynajmniej w zamierzeniach. Tym razem miał to być mój trzeci start w tym roku na tym dystansie i przedostatni z serii przygotowań do zawodów A. Miałem zastosować wnioski, które nasunęły mi się po dwóch poprzednich startach, do których podchodziłem bez konkretnych założeń. Tym razem też, już w pełni oficjalnie wystartowałem w barwach Polonii :)

W tym roku Triathlon Poznań po raz pierwszy prezentował się pod marką Challenge Familly. Jednak jedyne zauważalne zmiany, które wyniknęły z faktu oflagowania się znaną marką, dotyczyły liczby zagranicznych uczestników pro oraz organizacji strefy zmian. Poza tym, pozostała ta sama, znana z innych imprez spod znaku Enea niefrasobliwość osób odpowiedzialnych za pilnowanie dostępu do strefy. Bez większych problemów mógł wejść do niej praktycznie każdy i spenetrować worki i pozostawiony tam sprzęt.

Worki stanowiły największe novum i powód nieporozumień. Ten sposób organizacji stref znam z ubiegłego roku z Borówna i podobno jest on typowy dla imprez na zachodzie. Prawdopodobnie podobnej organizacji wymagała też licencja Challenge, jednak jest on dostosowany do sytuacji, gdy strefy T1 i T2 zlokalizowane są w innych miejscach. W Poznaniu były worki, wszystko na kupie i nie zorientowana obsługa, która podawała sprzeczne informacje, nawet na temat takiego szczegółu, czy worki mogą pozostać na wieszakach, czy trzeba je zostawić w „strefie zrzutu” - ponieważ i tak nie było potrzeby ich transportu. Później kosztowało mnie to jakże „cenną” minutę w T2 :)

I się zaczęło. O pływaniu nie ma co pisać, zawaliłem je tradycyjnie „średnio bardziej”. Janusz mnie później pocieszył na basenie, że nie tacy „słabo mocni” pływacy jak ja mieli tego dnia z tym większy problem.

Po upłynięciu bliżej nieokreślonego czasu wyszedłem z wody, zaliczyłem bardzo długi podbieg pod górę do strefy zmian i rozpocząłem etap rowerowy. To była niemal poezja w jedną stronę i dramat z powrotem. Wiało bardzo mocno, wręcz kasandrycznie. Podmuchy były czasami tak silne, że prawie zmieniały kierunek jazdy i powodowały, że więcej siły trzeba było włożyć w utrzymanie się na rowerze, niż w parcie naprzód. Widać było, że wielu osobom takie okoliczności bardzo przeszkadzały. Byli też jednak tacy, którzy najwyraźniej potrafią jeździć na rowerze niezależnie od panujących na trasie warunków. Ci również potrafili wykorzystać fakt, że utrzymując mniej więcej przepisową odległość za rowerem jadącym z przodu, można sporo mocy zaoszczędzić. Dlatego zawodników z tej kategorii raczej nie widywało się samotnie wyprzedzających tych wolniejszych i będących mniej aero.  

W pewnym momencie zauważyłem, że na prawym bucie powiewają mi resztki zerwanej gumki, którą go przymocowałem do roweru. Jednak zupełnie nie przejąłem się tym drobiazgiem. Przynajmniej do chwili gdy po nawrocie na pierwszej pętli podjechał do mnie gość i mówi:
- Została Ci gumka na bucie.
- Tak wiem, dzięki – uśmiecham się i jadę dalej.
Opuściłem głowę by lepiej zmagać się z wiatrem i przypadkiem rzucił mi się w oczy mój lewy but. A tam cała gumka, która się swobodnie rozciąga wraz z obrotem korby! O rzesz k***a – pomyślałem. Zerwałem ją natychmiast, wyrównuje się z moim wybawcą i śmiejąc się mówię:
- Dzięki! Teraz zdecydowanie lepiej!...
- Wiedziałem, że bez gumy będziesz szybszy... ;)
I byłem. Udało mi się, w tamtych warunkach wykręcić dość dobry czas.

Tym razem nie kombinowałem, wiedziałem już, że dobieg do strefy zmian jest długi i nierówny. Pamiętny przygód z Sierakowa postanowiłem nie zdejmować butów schodząc z roweru. W strefie, w ferworze i powoli wracając do równowagi, zapomniałem przejść do regulaminowego namiotu i zmieniłem buty tuż przy wieszaku, gdzie zostawiłem też worek. Na co miła Pani pilnująca porządku w strefie zawróciła mnie po niego twierdząc, że nie może tam zostać i muszę go zrzucić do „strefy zrzutu”. A ja, jak się później okazało, zupełnie bez sensu posłuchałem. Wróciłem się po worek, dokonałem zrzutu i przeszedłem do biegu.

Pogoda się poprawiała z każdym kolejnym okrążeniem. Niebo było nadal zachmurzone, ale zza chmur zaczęło również przebijać się słońce. Biegło mi się dobrze od samego początku. Szybko udało mi się wejść na docelowe tempo i tylko przelatywała mi przez głowę trauma ubiegłorocznych męczarni. Oznaczenia kilometrów na trasie były tak poprzeplatane ze sobą, że zacząłem mieć wątpliwości, czy rzeczywiście składają się one w cztery pętle wokół jeziora. Stwierdziłem jednak, że skoro biegnę na poziomie swojego typowego tempa półmaratońskiego, niezależnie od rachunków, całość powinna mi zająć ok 1:30 h, tak więc na pewno zorientuje się, kiedy należy skręcić w kierunku mety. Biegłem zadowolony z siebie, że bez problemu utrzymuje tempo nieosiągalne dla większości tłoczących się na wąskim, maltańskim deptaku. Na trzecim okrążeniu kusiło mnie, żeby spróbować jeszcze przyspieszyć, ale szybkie spojrzenie na zegarek uświadomiło mi, że nie ma sensu porywać się na bicie życiówki na triathlonowym półmaratonie, który w Poznaniu wynosi prawie 22 km. Nie było już szans na czas poniżej 5h. Jeszcze nie tym razem... :)

Długie dobiegi do strefy zmian dołożyły co prawda jakże „cenne” minuty do uzyskanego na mecie finalnego czasu, ale pomijając fakt, że trudno w tej dyscyplinie odnosić do siebie rezultaty z poszczególnych zawodów, udało mi się poprawić mój oficjalny najlepszy czas na tym dystansie.  
Na koniec dodam tylko, że jak Polonista, byłem na trasie pozdrawiany i zagadywany, co było dla mnie nowym i miłym doświadczeniem.
Gratuluje wyniku i pozdrawiam Pawła, z którym nie udało mi się „skojarzyć” na trasie :)"

 

Motyl:

"Do startu w Poznaniu długo nie trzeba mnie było namawiać. W końcu startowałem tu już w poprzednich dwóch edycjach, co prawda na dystansie ćwiartki, ale zawsze było w dechę. Tym razem przyszło mi się zmierzyć z dystansem 1/2 IM. Miałem już doświadczenie z tego dystansu z Sierakowa w maju 2015 r. Tam siadłem na biegu i zaliczyłem bieg z żenującym średnim tempem ok. 5:30 i czającymi się cały czas skurczami, które wprawdzie mnie nie dorwały, ale było blisko. Czas pomiędzy Sierakowem a Poznaniem, a było to całe 7 tygodni, poświęciłem na solidne bieganie i na solidne zakładki typu: 120-150 km na rowerze i pół godziny biegu w docelowym tempie poniżej 5:00 (dzięki za współpracę JLM i Janku!). Ostatni tydzień przed Poznaniem wrzuciłem na luz i pozostało tylko czekać na moment startu.

Niedzielne zawody w Poznaniu zrobiły spore wrażenie przede wszystkim rozmachem i wielkością. Tysiąc startujących na jednych zawodach to się jednak nie zdarza codzień, a właściwie zdarzyło się pierwszy raz w historii tri w Polsce. Na szczęście startujący zostali podzieleni na grupy ruszające falami co 10 minut. Dzięki temu nie doszło do zakorkowania akwenu i utworzenia się "pociągów" na trasie rowerowej, co miało miejsce np. rok temu w Gdyni...

Ale po kolei. Przede wszystkim zaskoczyła pogoda. Z jednej strony temperatura super, ok. 20 stopni, idealna, bo nie za gorąco. Z drugiej strony niestety silny wiatr, który spowodował, że jezioro Malta się pięknie rozbujało i etap pływacki wyglądał w ten sposób, że pierwszy kilometr płynęło się pod wiatr i falę, potem dostawało się falę z boku (co się opiłem wody to moje), a na koniec z brzuchem pełnym wody pozostawało jeszcze przekraulować prawie kilometr do wyjścia z wody.

Po czym bieg pod ostrą górkę, ponieważ strefa zmian została ulokowana w nowym miejscu, dalej i wyżej, niż w poprzednich latach. Od wyjścia z wody do momentu wsiadania na rower trzeba było przebiec chyba z kilometr, co na pewno nie zapowiadało rekordowych czasów łącznych.

Trasa rowerowa znana z poprzednich lat - z Poznania do Kostrzyna i z powrotem, i tak dwa razy. Szeroka i w miarę płaska, umożliwiała spokojne kręcenie w swoim tempie. Odstępy między zawodnikami duże, można było spokojnie jechać unikając podejrzenia draftingu. Niestety, nie wszyscy byli uczciwi i widziałem na własne oczy, jak koleżka z Poznania podczepił się na koło innego i tak sobie by jechał dalej, gdyby nie wypatrzyli go sędziowie i nie wręczyli żółtej kartki. Brawa za czujność! Wszyscy startujący odczuli na pewno potęgę wiatru, który wiał dokładnie równolegle do trasy rowerowej. Efekt taki, że przy takim samym średnim tętnie w kierunku na Kostrzyn jechało się ponad 40 km/h a w stronę Poznania już raczej 25-27 km/h. Średnia prędkość z roweru wyszła mi 33.4 km/h, zgodnie z planem zakładającym tętno ok. 150 tak, żeby zostawić siły na bieg.

I okazało się, że była to słuszna koncepcja, bo na biegu nie cierpiałem, ani nie miałem kryzysów. Po prostu biegłem swoje w średnim tempie 4:47, co dało mi na dystansie półmaratonu czas 1:41:30. Rok temu miałem taki czas na połówce przebiegniętej "na sucho", więc raczej mogę być zadowolony.

Ukończyłem z czasem 5:13:02, na 251 miejscu w generalce, czyli w okolicach 1/4 stawki. Jak dla mnie spoko wynik, pokazujący moje miejsce w szeregu ;) Na mecie miałem przyjemność wypić browara z Jackiem, który ukończył swoją pierwszą połowkę z czasem 5:40. Nie byłoby w tym może nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że Jacek jest niewidomy... Płynęli, jechali na rowerze i biegli ze swoim partnerem, połączeni elastyczną linką. Tacy goście udowadniają, że nie ma rzeczy niemożliwych i nie ma życiu wymówek pod tytułem "nie da się". Da się, tylko trzeba chcieć :)"

 

Wyniki AKS POLONIA WARSZAWA - CHALLENGE POZNAŃ 26.07.2015:

Msc Nr Imię i Nazwisko Kat Msc Kat Pływanie Msc P T1 Rower Msc R T2 Bieg Msc B Wynik
231 975 Dariusz Tyszka M40-44 37 00:50:14 758 00:04:52 02:38:14 195 00:04:21 01:33:10 116 05:10:51
252 659 Paweł Motel M35-39 59 00:42:47 437 00:03:56 02:42:23 298 00:02:20 01:41:36 275 05:13:02

 

Źródło: własne, zdjęcia bikelife.pl

Share
Free Joomla Template created by College Jacke