UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Ironman Zurich Zwitzerland 2015 (+FOTO, +FILMY)

Utworzono: 27 sierpień 2015
AMI

P1150335W lipcu do Zurichu poleciała zgrana ekipa AKS, w osobach Lwa i Torpeda (plus oczywiście cały team kibicowsko-techniczny), aby zmierzyć się z pełnym dystansem Ironmana (3.8 km - 180 km - 42 km). O ile Torped to już stary wyjadacz i taki dystans ma już od roku za sobą, o tyle Lew był "pierwszakiem" w tej materii i właśnie "arcyłatwy" Zurich wybrał sobie na debiut ;) Obaj przedstawicie AKS Polonia Warszawa ze Szwajcarii wrócili z tarczą - olbrzymie brawa i gratulacje dla nich!!! Obaj są Ironmanami! :)

Lew: IRONMAN nie do końca oficjalny

"Jeszcze równo rok temu dostawałem drgawek na myśl o tym, bym mógł wystartować w wyścigu na długim dystansie. Nie wiem co miało wpływ na to, że napaliłem się na całego ajrona – może wypadek, któremu uległem w sierpniu, a może jakieś inne zdarzenie, które miało związek z urazem głowy ? Nie wiem, nie pamiętam. W każdym razie zdecydowałem się. Postanowiłem, że jeśli mam się męczyć przez 226 km, to niech to będzie (nie ujmując nawet milionowej promila polskim, świetnie organizowanym wyścigom) w trakcie wielkiej, kolorowej imprezy, w której udział biorą zawodnicy z całego świata.

Pierwszy wybór padł na IRONMAN Frankfurt. Niestety - limit chętnych został wyczerpany. Z radą przyszedł Torped, który zapisany był już na IRONMAN Copenhagen, ale tutaj też było zbyt wielu chętnych. W efekcie wybór padł na IRONMAN Switzerland. Zarejestrowałem się 30 września 2014 roku, a niedługo potem na ten sam wyścig przetransferował się Torped.

Od tego momentu żyłem w dużej mierze datą 19 lipca 2015 roku. Trening oraz większość spraw, czynności czy żywienia była podporządkowana IRONMAN Switzerland. Miało to zapewnić dobry start w debiucie na długim dystansie i procentować w trakcie kolejnych głównych startów obecnego sezonu. Pokutowały za to moje stosunki z rodziną, która robiła wszystko, aby przychylić mi nieba. Żona była narażona na moje ciągłe humory czy zmiany nastrojów. Zachowywałem się jak jakaś pseudo gwiazdka z Plotka, albo co najmniej jak kilkukrotny zwycięzca Mistrzostwa Świata IRONMAN na Kona. Tymczasem jeszcze nie udało mi się wygrać nawet zawodów osiedlowych. Do tego często wysłuchiwałem od różnych osób docinek a'propos tego co jem lub nie jem w danym momencie albo że nie spożywam alkoholu.

Treningi rozkręcały się. Współpraca z trenerem przebiegała wzorowo. Po którymś z kolejnych moich narzekań i wątpliwościach czy dam rade dociągnąć w tym reżimie do lipca, zaproponował abym logo IRONMAN Switzerland poprzyklejał wszędzie w mieszkaniu gdzie sięga mój wzrok – widok ten na pewno w chwili słabości będzie mnie mobilizował do dalszej pracy. Następnego dnia nie było miejsca abym nie widział tego loga – Karola zadbała o to abym przez chwilę nawet nie odpuścił. A przecież cały ten mój plan komplikował nam, a zwłaszcza jej, życie do granic absurdu.

Czas leciał niezwykle szybko. Zanim się spostrzegłem, prawie cała nasza ekipa w czwartek siedziała już w samolocie do Zurychu, a druga część, wraz z moim rowerem, gnała samochodem po europejskich autostradach.

Szwajcaria przywitała nas upalną pogodą.

Pociąg z lotniska do miasta pokazał nam, co to znaczy szwajcarska punktualność – drzwi na amen zamknęły się równo z godziną odjazdu. Problem polegał na tym, że w jego wnętrzu znalazł się Torped i ja. Pozostała czwórka została na peronie. A wszystko przeze mnie, bo wymyśliłem sobie, że cztery minuty, które pozostały do odjazdu wykorzystam na zaspokojenie toczącego mnie gigantycznego pragnienia i nabędę drogą kupna butelkę wody. Ja na pociąg zdążyłem :)

W czwartek w planie były zaplanowane dwa krótkie treningi – pływanie i rower. Znalazłem naprawdę fajny, choć stary obiekt rekreacyjny, w tym odkryty basen. Ach, gdyby w Warszawie można było popływać w słońcu np. od godziny 6 rano. Życie wyglądałoby zupełnie inaczej.

Na rower wybrałem się już Torpedem, ale jazda treningowa w zuryskiej aglomeracji potrafiła obrzydzić infrastrukturę rowerową w tym mieście – ciągłe światła, nagłe urywanie się ścieżek i tym samym korzystanie z chodnika (typowy polski patent) itp. Natomiast jazda typowo turystyczna, jak torpedowa i moja piątkowa podróż do serwisu, czy do pracy jak to robią miejscowi, to istna bajka. Kierowcy maksymalnie ułatwiają życie rowerzystom. Ścieżki rowerowe/chodniki wykonane z asfaltu równe jak stół. Piesi nieutrudniający jazdy. Toż to raj, a nie walka o przetrwanie ze zburaczałymi pseudodrajwerami czy bezmyślnymi przechodniami, o „wybitnych" syfościeżkach nie wspominając.

Po przeserwisowaniu naszych bicykli nadszedł czas na przetestowanie temperatury wody, gdyż zachodziło prawdopodobieństwo, że niedzielna część pływacka odbędzie się bez pianek neoprenowych. Znaczenie miało to o tyle, że dzięki piance można pokonać część pływacką szybciej, a przy tym zaoszczędzić nieco niezbędnej energii. Słabi pływacy dzięki piance zyskują w stosunku do tych dobrych. Bez pianek różnica między dobrymi pływakami, a słabymi zdecydowanie rośnie. Po analizie temperatury wody decyzja na niedzielę może być tylko jedna – brak pianek. Jeszcze nigdy w Europie nie pływałem w tak ciepłym zbiorniku wodnym. No nic, ale trzeba czekać na oficjalne wieści.

Część piątku i soboty poświęciłem na pobieżne zwiedzanie wspólnie z Żonką i Bzykiem Zurychu. Chcieliśmy wpaść na obiad do Tiny Turner, ale ta nie otworzyła nam bramy – zacięła się czy coś w tym stylu. Cóż, innym razem się do niej wbijemy ;) Powrót do hotelu okraszony został skonsumowaniem garnka makaronu, który przygotowali w swojej kwaterze moi Rodzice. Drugą taką porcję skonsumowałem w sobotę. Chyba jednak było tego trochę za dużo, bo nie miałem gdzie wlewać cieczy, a do tego poczułem się jakiś ociężały na brzuchu.

Ale jedno jest pewne – czułem się niepokojąco wyśmienicie. Byłem rozluźniony, pełen energii, nie dokuczały mi żadne bóle. Nic tylko walczyć. Jeszcze sms i e-mail od organizatora, że start bez pianek. Można iść spać.

Nastąpiła niedziela, w trakcie której wszelakie prognozy wskazywały na burzę. Trudno jednak było zarówno ją, jak i jakiekolwiek jej objawy stwierdzić.

Karola wstała o godz. 3:30. Pozostała część support teamu w postaci Bzyczka niewiele później. Ja zwlokłem się ok. godz. 4:15. Szybko skonsumowałem bułkę z serem oraz pół bułki z miodem, dżemem i kremem czekoladowym. O godz. 4:30 zawitał na konsumpcję Torped. O godzinie 5:15 wsiedliśmy do taksówki, którą powoził Irańczyk. Opowiadał różne historie, w tym to, że pod mijanym właśnie dworcem kolejowym składowane jest złoto. Na stwierdzenie, że to żydowskie, powiedział „nieee, Żydzi są słabi, oni się nie liczą". „Błąd", pomyślałem...

W strefie zmian, jeszcze w ciemnościach, w świetle wielkiego reflektora, uzupełniliśmy płyny w bidonach i przygotowywaliśmy rowery do ujeżdżania.

Pozostała jedynie rozgrzewka. Nieodporny na zimno, z delikatną niepewnością wchodziłem do wody, aby się poruszać, ale ta okazała się nieprzyzwoicie ciepła, więc miło spędziłem w niej przedwyścigowy czas. Jeszcze chwila relaksu... A nieee... Musiałem cofnąć się naprędce do strefy zmian, gdyż według swojego wyobrażenia przełożenia w rowerze były ustawione zbyt twardo, jak na początkową jazdę. Oczywiście wszystko było jak należy.

Nie wiem nawet, kiedy ulokowałem się w strefie startu. Tu przypomniałem sobie, że mam wyłączony zegarek. Czym prędzej zrobiłem „turn on", ale rzecz jasna czasomierz nie był w stanie złapać sygnału gps. Co innego, gdyby nie był mi potrzebny, „załapałby" od razu. Czas oczekiwania umiliłem sobie sikaniem w majty, bo innej sposobności nie było. Parowało jakby gaz ktoś rozpylił. W końcu nastąpił sygnał startu.

Pierwsi ruszyli PROsi – chyba zostanę jednym z nich, bo w ogólnym rozliczeniu kilku okazało się słabszych.

Potem już falowo, według oczekiwanego czasu, po dziesięć osób co pięć sekund. Chcąc być uczciwym ustawiłem się dalej. Nadszedł mój moment, zegarek poza gps, więc polecimy „off line". I start !!! Wbiegłem do wody i oczekiwałem jakiegoś ścisku, w końcu na takich zawodach byle leszcze nie startują i rywalizacja jest od samego początku, aż do końca. Ale jest miło i przyjemnie. Co prawda poczułem, że skaleczyłem stopę o leżące na dnie kamienie, ale to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Nieoczekiwanie szybko zacząłem wyprzedzać przeciwników. W pewnym momencie zobaczyłem, że mijam czepki należące do PROsów.

W końcu zrobiło się spokojnie, ale z niecierpliwością oczekiwałem końca pierwszej pętli, gdyż drugą rozpoczynało przebiegnięcie przez wyspę pełną kibiców. Tam zrobiło się rodzinnie. Zauważyłem i usłyszałem, o ile szum andrenaliny w głowie nie zagłuszał odbioru rzeczywistości, Tatę, Karolę i Byczka. Nabrałem sił na kolejną rundę. Przede mną było jeszcze kilka osób, które wyprzedziłem. Być może ja też byłem mijany, ale tego faktu nie stwierdziłem.

Nie wiedziałem, jak urozmaicić sobie pozostały do wyjścia dystans. Najpierw zacząłem sobie podśpiewywać. Potem oglądałem sobie żyły na rękach, które fajnie mi wychodziły przy ciągnięciu wody. Postanowiłem je policzyć, ale co cykl musiałem to robić od początku, bo nie pamiętałem, które już wcześniej były liczone. Stwierdzając, że to nie ma sensu, zacząłem rozmyślanie o życiu, gdy w pewnym momencie wpadłem na trasę wspólną dla pierwszego i drugiego okrążenia.

Już do końca 3,8-kilometrowego odcinka pływackiego skupiony byłem na wyprzedzaniu w taki sposób, aby nie nadrobić za wielu metrów i nie wchodzić w kolizję z innymi. Tak czy owak, biorąc pod uwagę międzyczasy pływania, na pierwszej pętli musiałem mocno zygzakować, bo druga, dłuższa, była w znacznie szybszym tempie.

Wyjście z wody przy aplauzie kolorowej i głośnej masy kibiców dodało potężnego kopa i - aby nie utracić tego zastrzyku naturalnej energii - zrobiłem wszystko, by jak najszybciej usiąść na rowerze, którego nie mogłem przez jakiś czas odnaleźć.

Na początku przypomniała o sobie skaleczona stopa, ale potem już mogłem się skupić jedynie na jeździe. Pierwsze płaskie ok. 30 kilometrów pokonałem z prędkością 35-40 km/h mimo, że noga chciała bardzo ale to bardzo zapodać więcej mocy. Po ok. 30 km zaczęły się pierwsze długie podjazdy. Złapałem się w komitywę z jednym młodym Niemcem i wspólnie, zgodnie z przepisami, pokonywaliśmy kolejne wzniesienia – raz ja go wyprzedzałem, raz on mnie. Co jakiś czas zamienialiśmy po kilka słów, co mnie niestety zgubiło.

Po około 43. kilometrze, gdy wyprzedzałem kompana z trasy, podjechał sędzia i wlepił mi czerwona kartkę za przekroczenie osi jezdni. Darł się na mnie jak na jakiegoś dzieciaka, że nie potrzebują tutaj ofiar śmiertelnych, co niewątpliwie mogło się zdarzyć przy zderzeniu z samochodem, którego nie było - co można było zaobserwować z dość dużej odległości. A ja chciałem tylko bezpiecznie wyprzedzić, gdyż osiągnęliśmy sporą prędkość i wiejący wiatr nieco rzucał rowerem.

Niestety jednak burak kazał mi zjechać na zakręcie na pobocze – po stronie przeciwnej do kierunku jazdy. Ciekawe, że wtedy moje życie go nie interesowało. Spędziłem na wysłuchiwaniu jego agresywnych uwag i płaszczeniu się przed nim jak Tusk przed Merkel około 2 minut. W tym czasie inny sędzia wykartkował kolejnego zdziwionego kolarza. Inni zawodnicy zaś tłumnie mijali moją skromną osobę. Szkoda, że nie upomniano nas chociaż żółtą kartką. Jak się okazało później czerwono-kartkowiczów była cała masa.

Nie czekałem na dalsze uwagi sędziego. Ze łzami w oczach ruszyłem w dalszą trasę. Powietrze totalnie ze mnie zeszło. Nie po to tyle trenowałem, aby nie być sklasyfikowanym. Pomędrkowałem chwilę i postanowiłem jakoś zebrać się i starać jeszcze przycisnąć.

Rozkojarzony zabrałem się za wyprzedzanie tych, którzy nie omieszkali zostawić mnie za sobą podczas mojego przymusowego postoju. W ten sposób podjechał kolejny motocykl z sędzią na pokładzie, który pokazał mi... czerwoną kartkę, za - a jakże - przekroczenie osi jezdni. Powiedziałem mu, że to jest moja druga czerwień za to samo, że nie robi ona na mnie żadnego wrażenia i żeby sobie ją wsadził w d***. Proces kartkowania mnie przebiegał chyba na odcinku ok. 1,5 km, także niezły wykręciłem wynik. W sumie, kto może pochwalić się dwiema czerwonymi kartkami w trakcie jednych zawodów. Z tego wszystkiego mało nie wypadłem z zakrętu na budynek, przejeżdżając przez wysepkę i pachołki. Czekałem zatem na trzecią czerwień. Bez skutku.

Co by nie mówić, przepisy złamałem. Rozkojarzenie i brak należytej koncentracji mogą srogo kosztować. Nauczka na przyszłość.

Dalej czekały mnie kolejne podjazdy, aż w końcu nastąpiły długie zjazdy z zakazem jazdy na lemondce. Moja prędkość przekraczała 70 km/h. Miło też było popatrzeć na dobrych kolarzy, którzy pięknie składali się na zakrętach – cudo widok.

Pozostał płaski odcinek i mityczny „Heartbreak Hill". Czekałem na ten podjazd odkąd o nim przeczytałem... w zeszłym roku. Na dzień dobry mocno stroma góra i tak już pozostało do jej szczytu. W oddali słychać było gorący doping zgromadzonych wzdłuż podjazdu kibiców. Słyszałem dzwonki, a może dzwony – takie szwajcarskie jak od krów i nagle... LEW, napis na asfalcie jak na górskich etapach Giro, Touru czy Vuelty, a chwilę po nim Karola, której widok zawsze dodaje sił, dalej Bzyczek z flagą Polonii, który towarzyszył mi przez kilkanaście metrów drąc mi do ucha słowa wsparcia. Za winklem już czaili się Rodzice, którzy nie omieszkali zapytać się czy wszystko w porządku. Brakowało jeszcze salaterki z tatarem. Za nimi zaś tłum ludzi gorąco dopingujących zawodników. Tworzyli oni nieprawdopodobną atmosferę, tworząc wąski korytarz, w którym ledwo mieścił się rower, a ich bliskość działała niesamowicie pozytywnie. Mimo początkowych problemów nabrałem wiatru w żagle.

Za podjazdem czekał już bufet, zjazd i ponownie zakaz używania lemondek. Nagle zza budynków wyskoczyła Żona, tym razem bez wałka. Jak ona się przede mną znalazła na dole to nie wiem, cyborg jakiś – kolejna dawka niezbędnej energii. Czekało mnie jeszcze nieco ponad 90 km.

Druga runda była mniej przyjemna. Ciężej pokonywało się wzniesienia. Odnosiłem tez wrażenie, że pojawiły się nowe podjazdy, a te które były dotychczas, dłużyły się i były o większym nachyleniu. Zdarzało się, że od słonego potu ściekającego z głowy piekły oczy. Ale udało się przetrwać. Szybki zjazd, kilkanaście kilometrów płaskiego i ponownie „Heartbreak Hill". Poszło łatwiej niż poprzednio. Może dlatego, że wiedziałem jakiś trudności się spodziewać, a może dlatego, że tam na górze czeka rodzina. Nie pomyliłem się. Najpierw wyłonili się Rodzice, potem Żonka i Bzyk, następnie dobre, nieznajome dusze. I Déja vu – szczyt, bufet, zjazd bez lemondki i na dole Cyborg, Ojciec, Bzyk i znajomi Rodziców. Jak tu nie ukończyć...

W miarę bezproblemowo udało mi się zsiąść z roweru i przebrać. Został mi jedynie maraton i jest szansa na niezły wynik jeśli planowo pobiegnę. Nie pobiegłem.

Zazwyczaj początek części biegowej jest dziwny i tak też było teraz. Niestety, ta dziwność przeciągała się do ok. 7 kilometra, a potem już w ogóle nogi nie chciały współpracować – głowa i serce gnały do przodu, nogi za to skutecznie ciągnęły w tył. Łapałem się wszystkiego, aby dostarczyć organizmowi energii. Na bufetach żarłem żele, banany, pomarańcze. Piłem wodę, iso i colę. Wszystko jednak musiałem na tyle ograniczać, aby nie złapała mnie kolka oraz dolegliwości żołądkowe, które dawały o sobie znać, całe szczęście bardzo powoli. Chyba dostosowały się do tempa biegu.

Jedyne co dawało prąd to wsparcie wolontariuszy, w tym naszych rodaków, doping licznych kibiców z całego świata oraz mojej dzielnej ekipy. Nie wiem, jak można wstać przed świtem i tyle godzin sterczeć na słońcu. Kłaniam się najniżej jak potrafię.

Co by nie było, dotarcie do mety to była konieczność. Sprawa honorowa. Inaczej trzeba by palnąć sobie w łeb. Słabość i zawroty głowy w tym nie pomagały, ale motywacja jak najbardziej. Udało się czasem zapomnieć o problemach w trakcie krótkiej wymiany zdań ze startującymi Polakami. Były to chwile budujące ducha walki. W efekcie tych dysput znalazłem usprawiedliwienie dla swojej słabej dyspozycji biegowej, a może i po części dla wolniejszego drugiego okrążenia rowerowego. Przecież był potworny upał, którego tak bardzo nie odczuwałem. Ale jak się okazało temperatura powietrza sięgała grubo ponad 30° C. Gdzieś niedawno nawet przeczytałem, że 40° C. W każdym razie przymrozków nie było, zwłaszcza, że brakowało chmur.

Nareszcie dotarłem na końcowe kilkaset metrów wyścigu. Minąłem ostatni raz tych samych kibiców, potem szwajcarskie toi toie, wiwatujących Rodziców. W końcu wbiegłem na prowadzący wprost do mety dywan. Za nią, a jakże, niezmordowana Karolcia, z która się uściskaliśmy tak jakbyśmy nie wiedzieli się całe lata. Bzyk nie omieszkał uwiecznić tych chwil na kliszach fotograficznych.

Musiałem położyć się na trawniku. Było mi niedobrze. Wszelkie próby ulżenia żołądkowi nie dawały rezultatu. Do tego doszły dreszcze. Potem dowiedziałem się, że były to objawy odwodnienia i udaru słonecznego. Wypłukałem się ze wszystkiego, co funkcjonuje w organizmie.

Nie czułem się jakoś specjalnie zmęczony, ale najprawdopodobniej tym razem przegrałem z pogodą. Zapewne bez względu na to ile zjadłbym żeli, bananów, kotletów czy bigosu, nic by z tego nie było. Zaistniał błąd przy nawadnianiu, ale więcej cieczy już chyba przyjąć nie mogłem. Żywienie, które przygotowałem na ten wyścig, to była dawka zdecydowanie za mała i wydaje mi się, że nieodpowiednio spożywana. Temat ważny do przemyślenia, bo następnym razem musi być już wszystko perfekcyjnie dopięte na ostatni guzik.

Tego dnia już się nie wysikałem. Kolejnego, mimo ciągłego spożywania płynów, tylko trzy razy. Normalność wróciła dopiero w czwartek.

Następnie poszliśmy na trasę, aby być z Torpedem i pomóc mu w rychłym ukończeniu wyścigu. W tym samym czasie dopingowaliśmy i wspieraliśmy innych zawodników, aż na dywan wbiegł Tomek. Przekroczył linię mety i padł. Potrzebował chwili, aby dojść do siebie w pozycji leżącej. Zaraz potem jednak zrobił sprężynę i uśmiechnięty stanął obok nas.

Planowaliśmy zostać do końca wyścigu, chcąc tym samym uhonorować na mecie ostatniego zawodnika wyścigu. Niestety, czułem się bardzo źle i musiałem wrócić do hotelu, chcąc nie chcąc ciągnąc za sobą ekipę. Rowery oraz rzeczy pozostawione w strefie zmian odbieraliśmy w znajomym nam świetle reflektora. Zrobiło się jakoś tak klimatycznie i pusto. Bo co teraz ? Tyle treningu, aby usłyszeć kilka przykrych słów od sędziego i aby stać tutaj, gdzie zaczynaliśmy swój dzień w takiej samej jego szarości jak teraz. Kto by pomyślał, że to tak szybko przemknie. Trzeba zatem przetestować to jeszcze raz, już niebawem, za rok. Akcja IRONMAN wkrótce ruszy ponownie. Przepraszam...

Zabawa w ten sport to wbrew pozorom nie jest sprawa angażująca jednego gracza. Zaangażowanych w ten kaprys, pośrednio lub bezpośrednio, świadomie lub nieświadomie, jest cała masa ludzi – żona, która mnie widuje jedynie późnym wieczorem i czasem w weekendy, rodzice, którzy nie mogą się doprosić, abym łaskawie wpadł do nich na obiad, kuzyni, przyjaciele, znajomi dla których nigdy nie ma czasu, a chciałoby się z nimi spotkać na długie Polaków rozmowy. Mimo tego większość z nich wspiera i pomaga jak może, często w zamian spotykając się z moją niewdzięcznością czy nawet chamstwem.

W ogóle ten cały triathlon to przegięcie, które narkotycznie wciąga, ale warto dać mu się ponieść. Nie trzeba przecież trenować 20 czy 30 godzin w tygodniu. Wystarczy tyle na ile pozwala czas, żona, dzieci i praca. Wszystko jednak z umiarem i aby niosło przy tym radość.

Kończąc te przydługie i nużące wywody mogę powiedzieć tylko jedno – załoga, która mnie wspierała w trakcie przygotowań, a także podczas wyścigu, zasłużyła na całą unikatową kolekcję złotych medali z brylantami. Gdybym był młody, z perspektywami na zawodową karierę, to team miałbym już skompletowany. O ile oczywiście by się zgodzili."

 

Torped:

"13,5 h joggingu w ponad 30-stopniowym upale, dla osoby która na początku roku zmieniła pracę i stara się połączyć sport, pracę i rodzinę, nie jest dobrym pomysłem.

Przepłynięcie w jeziorze 4km, a raczej zupie o temperaturze wody powyżej 25 stopni, symboliczne 180 km po górach w 35-stopniowym upale i na koniec 42 km joggingu, zabiło mnie, wyciągnęło ze mnie wszystkie słabości. Kilkukrotnie mówiłem znajomym, że schodzę z trasy, ale wewnątrz wiedziałem, że to nie jest w moim stylu. Przez ponad 4 h maratonu rozmawiałem ze sobą i zadawałem sobie pytanie, co jest nie tak, wiedziałem, że mogę biec szybciej, ale w jakiś durny sposób użalałem się nad sobą i wyciągałem jakieś durne problemy. 37 km, 5 km do mety, wszyscy biegną jak zombi, powoli zaczyna zachodzić słońce, średnie tempo uczestników na trasie nie przekracza 7 min/km, zatrzymuje się przy strefie z napojami i zadaje sobie pytanie: - TheBillu, jak w taki sposób chcesz skończyć te zawody, to lepiej teraz zejdź strasy, albo bierzesz dupę w troki i kończysz lamentowanie, lub wypad.

Ostatnie 5 km przebiegłem w tempie 5:20 km, wyglądałem jak wiejski głupek pędzący na świniobicie na tle innych zawodników, którzy snuli się po trasie w tempie pielgrzymki.

Na metę wbiegam po 13 h 30 min. walki, nie z dystansem, upałem, co z samym sobą.

Sporty wytrzymałościowe nie szanują amatorki, słabości, braków w przygotowaniach. Dystans IronMan przypomni Ci każdy opuszczony trening, browar, imprezę.

Drugi raz zmagałem się z tym dystansem i myślałem, że trudniejszego roweru niż w Almere Holand nie spotkam – myliłem się.

Wielkie dzięki dla całej ekipy, która nas mocno wspierała podczas całej imprezy, w szczególności mojej żony i córki.

Specjalne dzięki dla Bzyka, który wieczorem po zawodach mocno wspierał mnie w uzupełnianiu izotoników w barze ;) 2,5 litra po takim dniu upałów weszło bez najmniejszego problemu."

 

Wyniki AKS Polonia Warszawa - Ironman Zurich Zwitzerland 19.VII.2015:

Name BIB DIV RANK GEN RANK OVERALL RANK Division Swim T1 Bike T2 Run Overall
Janusz Lew-Mirski 1194 34 188 203 AK M40-44 1:00:08 3:05 5:28:53 4:18 4:07:40 10:44:04
Tomasz Panufnik 589 222 1055 1161 AK M30-34 1:36:09 6:52 6:48:22 3:57 4:59:12 13:34:32

 

Źródło: własne, fot. AMI, Bzyk

Share
Free Joomla Template created by College Jacke