UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

27.06.2015: Polonijne Suszenie

Utworzono: 15 lipiec 2015
AMI

IMG 9852Zawody w Suszu wydarzyły się poniekąd mimochodem. W chwili, gdy szukałem czegoś pomiędzy Sierakowem a Poznaniem, limit był już wyczerpany, a termin w Brodnicy niezbyt mi pasował. Udało mi się jednak załapać na listę startową w dogrywce.

Pierwszy problem, który miałem z tymi zawodami, to kontuzja dużego palca u prawej stopy, który jak się okazało, złamałem wychodząc z wody w Sierakowie. To spowodowało, że przed samymi zawodami zrobiłem zaledwie jeden trening biegowy i w zasadzie tylko po to, by sprawdzić czy start ma jakikolwiek sens. Okazało się, że jeszcze boli tylko gdy chodzę i na dzień przed zawodami zdecydowałem, że jednak jadę. Drugi problem to nocleg. A raczej brak miejsc w okolicy. Co prawda plan awaryjny przewidywał wyjazd o 3-ej nad ranem, ale wolałem zostawić tą desperacką opcję na koniec. Udało mi się znaleźć miejsce 20 km od Suszu. Miła właścicielka pensjonatu "Pod Brzozą" w Wandowie zrobiła dla mnie miejsce w jednym z pokoi przeznaczonych dla gości weselnych.

Założenie było takie, by potraktować ten start zupełnie treningowo, bez nastawiania się i taperingu. Rano pobudka, bez śniadania, ale z Vitargo w shakerze i w drogę. Miasteczko i ośrodek wyglądały bardzo fajnie. Od razu było czuć tę specyficzną atmosferę trimprezy. Dość szybki odbiór pakietu, znaczenie markerem i pół godziny na to, by ustawić się w strefie zmian. Poszło tak sprawnie, że aż poczułem dyskomfort mając wrażenie, że na pewno o czymś zapomniałam. Tym bardziej, że gość stawiający rower obok, gdy wieszałem pasek z numerem na kierownicy, mówi do mnie:
- Zabiera się numery na rower?
- Tak, zawsze się zabiera....
Patrzę na niego i wcale nie wygląda na debiutanta, a pyta o tak oczywistą rzecz. Zawahałem się i kończę:
-... chyba, w sumie to sam nie wiem...
Ani nie czułem się pro ani nie czytałem regulaminu, żeby ferować tak kategoryczne stwierdzenia, tym bardziej, że okazało się, że gość ma już za sobą pełen dystans i niewiele ponad 9 godzin w tegorocznym Rzeźniku.

Podobno w liflecie z zawodów było napisane, że numer startowy nie jest obowiązkowy na rowerze, ale było też napisane, że trasa rowerowa to trzy pętle, a nie jak się później okazało dwie. Ja na szczęście nie miałem czasu zawracać sobie głowy takimi drobiazgami.

Na 15 min. przed startem nałożyłem piankę i poszedłem sprawdzić cierpkość wody w jeziorze. Chwilę później było już wezwanie do ustawiania się w strefie startu. Okazało się, że trzeba podpłynąć do pomostu, żeby się na nim uwiesić. W ten sposób utworzyły się trzy rzędy podwieszonych jedni na drugich i nie dla wszystkich jeszcze starczyło miejsca, przez co start opóźnił się kilka minut. Wśród wiszących dominował temat, na które boję nawigować, i czy w braniu z prawej chodzi o bok pływaka czy boi. To chyba się raczej nie zmienia, ten instynktowny strach, że popłynie się nawet w przeciwną stronę. Ja sam, chociaż niby słyszałem, że opływamy boję na prawo, a tylko ostatnią na lewo, odczuwałam zbiorową dezorientacje.

Na chwilę przed strzałem startera zorientowałem się, że mój zegarek jakimś cudem wyszedł z trybu treningowego i musiałem czekać, aż ponownie złapie sygnał GPS. Przez to oderwałem się od pomostu jako ostatni, gdy już ktoś zaniepokojony z obsługi szedł w moją stronę, ale dzięki temu miałem "swobodny" start.

Po nawrocie, gdy już poczułem, że mam z górki i zacząłem swobodnie płynąć swoim tempem, nagle zorientowałem się, że płynę na kajak zamykający trasę, a boja zeszła mi bardzo na prawo. Ostry nawrót na prawą burtę i co chwila sprawdzenie, czy tym razem nie gubię kierunku. Po 45 minutach wyszedłem z wody.

W strefie T1 zaskoczyła mnie dość duża liczba ciągle wiszących rowerów. Zdjąłem piankę, przeczesałem włosy, założyłem okulary i kask w dobrą stronę, obowiązkowego buffa na rękę i ruszyłem na trasę. Przejechanie dokładnie wymierzonych 90 km zajęło mi 2:42 h. I zasadniczo nie mam po tym etapie szczególnych wrażeń. Wiało jak zawsze wieje. Trasa była równa i dość płaska, z niewielkimi podjazdami i długimi płaskimi zjazdami. Pozwalała na trzymanie rytmu i kadencji w zakresie 85-95. Spokojnie rozkręcałem się przez pierwsze 2 km i zacząłem wyprzedzać, co robiłem praktycznie przez cały etap rowerowy. Utrzymując w miarę równomierne tempo i wykorzystując zakręty i lekkie podjazdy do tego, by co jakiś czas zmienić pozycje na rowerze, mijałem jednego kolarza za drugim. Po drodze spotkałem kilku takich, którzy zrywali się, by mnie wyprzedzić i zaraz potem znowu zwolnić. Pod koniec trasy zacząłem już brać gości na dobrych czasówkach i w wyostrzonych kaskach na głowie. Fajne wrażenie, gdy specyficzny i miarowy odgłos toczących się szytek na pełnych kołach zaczyna dochodzić z przodu, a nie z tyłu.  Na 2 km przed końcem minąłem ostatniego konkurenta. Zerwał się na pedały i wyrwał do przodu. Miał jednak taką fajną fioletową ramę Speca w swojej szosie, że nie miałem sumienia pozbawiać go tej satysfakcji.

Z uwagi na to, że nie biegałem przez miesiąc i nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać na trasie, rower chciałem pojechać dość zachowawczo, w tempie z którym dobrze się czuję. Przejście do biegu odbyło się bez problemów. Nogi i plecy trzymały jak należy. Zacząłem przyspieszać biegnąc na wyczucie i nie patrząc na zegarek. Szczególnie po tym, jak się okazało, że i tak nie uruchomiłem go przechodząc do pływania. Było ciepło, ale pochmurno, więc słońce nie przeszkadzało. Minąłem śpiewające pielęgniarki i doszedłem gościa biegnącego przede mną.
- Jakim tempem biegniesz? - zawołał.
- Nie wiem - odpowiedziałem.
- Poczekaj, może się podczepię..., biegniesz jakieś 4:45, dla mnie za szybko, biegnij dalej, dogonię Cię na trzecim...
I tyle go widziałem.

Trasa wokół jeziora była w porządku. Równa ścieżka spacerowa wyłożona kostką z krótkim odcinkiem szutrowym. Wszystko się zmieniło pod koniec pętli, gdy okazało się, że do miasta prowadzi stromy, dwukierunkowy podbieg puszczony wąską, rynsztokową uliczką. Niestety podkusiło mnie, żeby skorzystać z kurtyny wodnej ustawionej na rynku, który trzeba było obiec dookoła. A moje Perl Izumi N1 bardzo nie lubią (odprowadzać) wody. Chlupały mi już tak do końca. Gdy jest sucho, biega się w nich bardzo dobrze, ale gdy nasiąkną wodą, zaczynają ciążyć niemiłosiernie. Przekonałem się o tym już wcześniej, na maratonie w Berlinie, kiedy pływałem w nich od samego potu. Dwukrotnie pokonałem ten podbieg w biegu. Na koniec drugiego okrążenia minął mnie na nim Łukasz Grass. Zaraz po nim jednak zwolnił i widać było, że opadł z sił. Minąłem go, ponieważ zawalał mi drogę, ale on jednak już kończył. Ja miałem do zrobienia jeszcze jedno okrążenie. Szybkie rachunki mówiły, że jeżeli utrzymam tempo, zakończę z czasem poniżej 5:15 h. Jednak na rachunkach się skończyło. Ostatnie kilometry to walka ze skurczami, które się zaczęły zaraz po tym, jak minąłem strefę mety. Moje czworogłowe dostały w kość na podbiegu i nie chciały już więcej. Znacznie zwolniłem. Wypatrywałem każdego kolejnego oznaczenia kilometrów, ostatniego podbiegu i mety. Zacząłem odczuwać też skutki odwodnienia.

Skończyło się na 5:17 h. W stosunku do poprzedniego rezultatu najwięcej zyskałem w strefach zmian. :)

Rachunek zysków i strat:
- bardzo fajne miejsce i atmosfera
- dobrze zorganizowane zawody z drobnymi wpadkami bez większego znaczenia
- duży okrągły medal
- w strefie finiszera tylko woda, banany i pomarańcze, ale na szczęście załapałem się też na Redbulla
- zakwaszenie 10.2 mmol/L
- rozerwana pianka pod prawą pachą

:)
Darek

 

Wynik zawodnika AKS Polonia Warszawa:

Msc Open Nazwisko i imię Kat M Kat Pływanie M Pływ T1 Rower M Rower T2 Bieg M Bieg Wynik
190 Tyszka Dariusz M40-44 33 00:45:44 336 00:02:13 02:42:07 169 00:02:26 01:45:07 151 05:17:37

 


Źródło: własne, fot.: Bogna B

Share
Free Joomla Template created by College Jacke