UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Iron Time

Utworzono: 27 październik 2014
AMI

02W końcu… Odpalam komputer i zabieram się do napisania relacji z ważnych, ale mam nadzieje nie najważniejszych zawodów w życiu. Zawody Challenge Almere na dystansie IronMan były dla mnie celem głównym w 2014 roku. Ważna w poprzednim zdaniu jest data 2014, bo teraz wiem, że to dopiero początek mojej przygody ze sportem, którego systematyczne uprawianie rozpocząłem w 2008 roku na Biegu Wedla, gdzie startowało ok 100 zawodników, co ciekawe wszyscy się znali i patrzyli na mnie jak na nowego kibica na Kamiennej podczas meczu z Widzewem.

Kolejne zawody w życiu, zorganizowane przez dobrze nam znanego Marka Troninę, przyniosły kolejny etap w mojej przygodzie ze sportem w postaci Półmaratonu Warszawskiego. Pierwsze biegi zaliczyłem bez większego przygotowania, ale z wiarą i pewnością siebie, że się nie poddam. Wiedziałem, że będzie bolało, tak jak boli bycie Polonistą, ale wiedziałem, że wcześniej czy później osiągnę metę. Pamiętam słowa wsparcia jednego z biegaczy Polonii na 20 km półmaratonu z 2008 roku, takie typowe nasze wsparcie z K6, które brzmiało mniej więcej tak: „Torped !!! 20km !!! 2 h 11min, oj słabiutko… ale ciśnij, Polonia jest z Tobą!” (dla niezorientowanych rekord na ½ maratonu to okolice 1 h). Do dzisiaj pamiętam absurd tych słów, które nie ważne jak demotywujące były, znaczyły dla mnie bardzo dużo w tamtych czasach…. Polonia jest z tobą!!!

Rok 2008 był momentem, w którym zakomunikowałem znajomym z K6, że znikam i wycofuje się z aktywnej działalności na rzecz ruchu kibicowskiego Polonii Warszawa, na rzecz rodziny, dzieci, pracy, ale mogą na mnie liczyć pod każdym innym względem. Ludzie którzy mnie znają wiedzą, że w latach 2002 – 2008 można mnie było spotkać codziennie na Polonii. Moje rozstanie z Polonią nie trwało długo i w 2009 zaczęliśmy biegać, jeździć w barwach Polonii na różnego typu zawodach, co przerodziło się w różnego rodzaju grupy znane jako: Polonia Warszawa MTB założona przez Pawła z Czarnej Koszuli, czy AKS Polonia Warszawa, który zrzesza sportowców wszystkich dyscyplin. Kolejne lata mijały zgodnie z regułą dom – praca – trening – nauka – dom. Każdy rok przynosił wyznaczanie sobie nowych celów.

  • 2009 - pierwszy maraton z czasem coś w okolicach 4:30  
  • 2010 - kilkanaście biegów krótko- i długodystansowych
  • 2011 - kolejny Maraton Warszawski z czasem 3:59.
  • 2012 - debiut w triathlonie Malbork na dystansie ¼ IronMan plus start na dystansie ½ IronMan Susz z kontuzją znaną biegaczom jako ITBS plus kilka startów MTB i biegów - wszystko zwieńczone linią mety
  • 2013 - pierwszy start w serii IronMan 70.3 Zell am Zee na dystansie ½ IronMan z czasem 5:24 plus kilka startów na dystansie olimpijskim i ¼ IM
  • 2014 - rok, który zmusił mnie do napisania podsumowania swojej przygody z AKS Polonia Warszawa, Triathlonem, Sportem, czyli jak zdobyłem miano IronMan !!!


Wszystko zaczęło się z końcem sezonu 2013. Koniec października i złamanie piątej kości śródstopia guzowatości. Potknąłem się na progu drzwi, przechodząc z salonu na taras na imprezie integracyjnej – no comments. Czas z nogą w stabilizatorze był doskonałym momentem na planowanie i wtedy pojawiła się myśl - jak nie teraz to kiedy. Szybka analiza zawodów w 2014 roku i pada decyzja – zawody z serii Challenge w Holandii na dystansie długim. Smaczku dodawał fakt, że na ewentualnym medalu będzie grawerunek European Championship. Po wielu zabiegach rehabilitacyjnych z pomocą Jarka Steca udało mi się wrócić do treningów po ledwie dwumiesięcznej przerwie. Teraz z perspektywy czasu wydaje się to niewiele, ale dla mojej żony to musiał być horror. Gość z ADHD z plastikowa kulą u nogi…. Wymyślałem przedziwne rzeczy… od próby pływania w basenie z foliowym workiem na stabilizator, po treningi na siłowni, aż doprawiłem się kontuzji barku, co skutkowało kuriozalnym obrazkiem w postaci gościa, który przychodzi na rehabilitację ze złamaną noga w celu rehabilitacji barku. Ania, dziękuję i przepraszam – musiałem być naprawdę upierdliwy w tym okresie. :)

Dobra, było, minęło, z końcem grudnia wróciłem do treningów. Cel był jeden: pokonać 3,8 km pływania, 180 km na rowerze i przebiec maraton w czasie którego nie będę musiał się wstydzić. Jak to mówią starożytni górale: tylko ludzie niezorganizowani nie mają czasu, więc w tym roku udało mi się wygospodarować na trening 260 godzin, co przełożyło się na 3000 km na rowerze, 1200 km biegu i 80 km na basenie i co najważniejsze bez żadnej większej kontuzji, które trapiły mnie w poprzednich latach. Wyciągnąłem wnioski z poprzednich lat i poznałem swój organizm na tyle, aby móc odpuścić w odpowiednich momentach, lub dostarczyć odpowiedni suplement dla organizmu.

Czas próby 13.09.2014.

Dwa dni wcześniej docieram ze swoją rodzina do Almere trochę w specyficzny sposób, bo pociągiem InterCity relacji Warszawa – Amsterdam w komfortowej kuszetce, w której rower miał luksusowe warunki do podróżowania, zresztą my również mieliśmy frajdę, bo nikt z nas nigdy wcześniej nie podróżował pociągiem sypialnym :)

W Amsterdamie meldujemy się o 9:30 rano, pierwsze kroki kierujemy do wypożyczalni samochodów, gdzie czeka na nas zarezerwowany duuuży samochód, do którego zmieści się nowy członek rodziny – rower BH TT :)

Almere wita nas typowo holenderską pogodą – wieje, dmucha, żeby nie nazwać tego po imieniu "piździ"…, co zaowocowało gilem do pasa w moim wykonaniu i stanem podgorączkowym. Nie wiem, czy to była tak zwana reakcja psychosomatyczna, czy naprawdę się przeziębiłem. Dwa dni walczyłem wszystkimi dostępnymi środkami farmaceutycznymi i naturalnymi witaminami do samego startu, bez skutku.

Hotel rezerwowałem rok wcześniej, wiec miałem olbrzymi wybór; wybrałem najładniejszy z widokiem na wodę, blisko startu i przestronnym pokojem. Dwa tygodnie przed startem, jak dopinałem wszystkie logistyczne sprawy na ostatni guzik, okazało się że hotel owszem jest bardzo blisko startu, ale trzeba objechać jezioro, jakieś tam 30 km - shit. Na szczęście nie byłem sam i w hotelu poza mną było jeszcze około 30 triathlonistów, w tym kilku zawodników z czołówki.

Dzień startu

Noc prawie nieprzespania, gorączka, mnóstwo potu, chore sny, pobudka 4:20 rano. Otwieram oczy, staje na nogi i pierwsze pytanie do siebie, jak się czuję? Gardło nie boli, katar jakby mniejszy, czuje podekscytowanie – jest moc !!! Śniadanie 4:45 wśród innych wariatów z całej Europy. Szybka organizacja śniadania do pokoju dla mojej niezastąpionej rodziny, która wspiera mnie na każdych tego typu zawodach. Unikalny obrazek to pobudka o 5:00 rano córki, 4 letniej Victorii Apolonii, która wstała niemalże na równe nogi bez płaczu, narzekań i grymasów, tylko z hasłem na ustach „mama, idziemy z tatą biegać i kibicować”.

Dojazd na start mija bezproblemowo w rytm Dawida Podsiadło, który o dziwo jest bardzo popularny w holenderskich radiostacjach. Szybkie sprawdzenie stanu roweru, toaleta w bardzo dobrze przygotowanej strefie zmian, kopniak w tyłek na szczęście od żony i już stałem w kolejce do wejścia do wody.

Zanim się obejrzałem, już płynąłem, woda idealna, tłok prawie nieodczuwalny, łapie czyjeś nogi po 400 metrach i trzymam się ich do końca. Z wody wychodzę po 1 h 14 minutach i czuję się, jakbym wyszedł  dopiero co spod prysznica. Jedyna niepokojąca myśl to taka, że jestem głodny (za mało zjadłem dzień wcześniej - lekkie śniadanie, tost na lunch i nieduża porcja makaronu na kolację – za mało !!!).

Strefa zmian bez pośpiechu, żel, krótka wymiana zdań z koleżanką triathlonistką czy zakładać Long Sleeve czy nie, zapakowanie ekwipunku pływackiego w worek, kask, okulary (powinienem w pierwszej kolejności założyć okulary zanim zacznę rozmawiać z koleżanką o Long Sleeve, teraz już widzę, że to triathlonista :) ), wybiegam po jeden z 2000 rowerów stojących w strefie zmian.

Pierwsze 10 km prowadzi przez miasto, kilometry mijają bardo przyjemnie, jestem mile zaskoczony, bo spodziewałem się zapowiadanego mocnego wiatru, który dał o sobie znać dopiero po wyjeździe z miasta. 40 km pod wiatr wzdłuż wybrzeża, po falochronie, tuż obok żaglówek żeglujących na zrolowanych grotach, lub tylko na fokach, doprowadziły mnie do łez. Średnia prędkość z 33 km/h spadła do 26 – 25 km/h (jak to stwierdził mój jeden ze znajomych triathlonistów „tępo Wigry 3”). Wiedziałem, że jak jadę pod wiatr, to kiedyś, gdzieś, za jakiś czas będę wracał z wiatrem, tylko dlaczego organizator puścił drogę z wiatrem w głąb lądu i to jeszcze zygzakiem, przez lasy i ścieżki rowerowe, niwelując w ten sposób szanse na nadrobienie utraconego czasu na falochronie. Nie pozostało mi nic innego jak pogodzić się z faktem, zacisnąć zęby i pokonać dwukrotnie walkę z wiatrem. Ostatnie 10 km marzyłem tylko o tym, aby zejść z tego cholernego choć ukochanego roweru i zacząć biec, uruchomić inne partie mięśniowe, dać tyłkowi odpocząć, nie patrzeć w którą stronę odwrócone są te cholerne holenderskie wiatraki. Przejechanie 180 km zajęło mi 6 h 20 min, co uważam za czas zdecydowanie poniżej moich możliwości. Ciekawostką jest fakt, że po analizie wyników zaobserwowałem, że na rowerze zyskałem kilkadziesiąt pozycji.

Bieg rozpocząłem z nadzieją na połamanie 12 h. Szybki rachunek na pierwszych kilometrach biegu i już wiem, że wystarczy przebiec maraton w tempie średnio 6 min na km i zdążę na fakty o 19:00 i połamię 12 h. Pierwsze kilometry biegu poświęciłem na walkę z bólem brzucha, ale dzięki poradzie kolegi, który zaszczepił we mnie pasję do triathlonu - Przemka (nie wiem czy Ci dziękować czy przeklinać ;)) zapiłem ból dużą ilością wygazowanej coli i od 3 km mogłem skupić się tylko na biegu zapominając o bólu. Do 25-27 km szło jak po sznurku (maraton poniżej 4 h i całe zawody poniżej 12 h), niestety od 27 km moje uda włączyły tryb szurania zamiast podnoszenia, co spowodowało spadek tempa o 30-45 sek na kilometr. Moja technika biegowa od tego momentu nie wyglądała stylowo, ale przynajmniej miałem wrażenie, że biegnę. Najważniejsze, że cały dystans maratonu przebiegłem nie przechodząc ani razu w marsz poza wyznaczonymi punktami odżywczymi, w których przechodziłem w szybki marsz. Ostatnie 4 km to zobojętniała męczarnia, 7 okrążenie dawało się mocno we znaki. Organizatorzy rozpoczynali ustawianie agregatów prądotwórczych, które posłużą setkom uczestnikom, którzy będą walczyć na trasie do wyznaczonego limitu czasu 17 h. Miałem dość nie tego, że jestem 12 h na trasie, ale tego, że głowa jest ok, płuca również, a nogi pokazują właścicielowi środkowy palec…

2 km do mety, ostatni punk odżywczy, nie biorę nic, bo i tak organizm nie będzie miał czasu na przyswojenie, a tak naprawdę pomyślałem sobie "na mecie, za ok 12 minut czeka na ciebie kilkaset litrów piwa, którego nie piłeś od ponad 100 dni :)". Kilometr do mety, coraz mocniej słychać spikera, wiem że ukończę, wiem że jestem coraz bliżej do browaru, końca męczarni, końca przygody. Nawet mi trochę smutno, że to już koniec. Wbiegam na ostatnie 200 metrów z 226 km i z trybun wybiega para uśmiechniętych od ucha do ucha najwierniejszych kibiców! Victora & Ana!!!!!! Obydwie łapią mnie za dłonie i razem wbiegamy na metę przy ogłaszającym dopingu kibiców, zmęczenie znika, uśmiech najbliższych od ucha do ucha uświadamia mnie, że oni również mocno, a nawet i czasami mocniej, przeżywają moją, naszą przygodę z triathlonem. Razem wbiegamy na metę w blasku fleszy i fotoreporterów – bezcenne !!! Za wszystko inne zapłaciłem Mastercard (serio) :)

Meta! Zwalniam, zatrzymuje się, Victoria odbiera medal, pierwsze co otrzymuje na mecie to wielki całus od żony i piwo  od organizatorów!!! Uczcie się Państwo organizatorzy w Polsce :) Biorę łyk upragnionego piwa i... Nie mogę... Nie wchodzi mi... Kolejna próba, ja świeżo upieczony IronMan nie dam rady wypić 0,5 litra piwa??? Kolejna próba i nic, odstawiam piwo, wolontariuszka zaczyna pytać czy wszystko ok, odpowiadam „kochaniutka wszystko pięknie, tylko daj mi kroplówkę, abym mógł sobie wstrzyknąć trochę procentów”. Nie rozumie, uśmiecham się i odchodzę, choć czuję że mam błędny wzrok. Siadam na chwilę w strefie finiszera, support team przynosi mi trochę makaronu i cole, zjadam kilka gram, rozglądam się dookoła, utrwalam raz jeszcze w pamięci obraz, podnoszę się i razem z rodziną znikamy do hotelu. Hotel, prysznic, hotelowa restauracja, 3 piwa, butelka białego wina, hamburger, miska krewetek, dwie małże, trzy piwa plus jeszcze mała butla białego wina w pokoju – koniec! ! !

  • 3,8 km pływanie - 1:16:47
  • 180 km rower - 6:20:17
  • 42 km bieg - 4:25:01
  • Suma - 12:12:10


Poranek świeżo upieczonego IronMana przebiegał pod wielkim znakiem zapytania, jak bardzo będzie bolało. Otwieram oczy, mam czucie w kończynach – dobrze. Wstaje, robię pierwsze dwa kroki, dwa skłony i shock !!! Poza delikatnymi zakwasami w udach od tego cholernego wiatru na rowerze i suchości w ustach od ilości wypitego wina, czuje się jakbym był po długim wybieganiu w weekend :)

Szybkie pakowanie, złożenie roweru i lecimy jak najszybciej do Amsterdamu na całodzienne zwiedzanie, mamy 6 h do pociągu, wiec najlepszym wyborem na ogarnięcie tego pięknego miasta jest rower !!! :) Akcja reakcja i już siedzimy na rowerach, Ana na tradycyjnym turystycznym, ja z Victorią z wielkim siodłem z przodu. 20 km po Amsterdamie w siodle w ramach roztrenowania kończy moją przygodę z IronMan Challange Amsterdam-Almere Triathlon 2014.

Siedem dni przerwy zaowocowało dodatkowym pomysłem – Maraton Poznań na koniec sezonu :) Szybkie zderzenie myśli z trenerem, badanie krwi, które wypadło bardzo dobrze i już byłem w Poznaniu. 3:44 może być, jak na brak przygotowania pod ten dystans sprawia że rok 2014 mogę uznać dla siebie za mistrzowski.

Przyszły rok niesie za sobą nowe wyzwania. Zapraszam Was wszystkich do przyłączenia się do drużyny AKS Polonia Warszawa. Jest to idealne miejsce na realizację swoich pasji i zarazem wpieranie i kultywowanie Polonijnych tradycji z dala od polityki. Obserwując przygotowania swoich kolegów z drużyny MTB czy AKS śmiem twierdzić, że mamy bliżej do przedrostku pro niż nasi kopacze.

Podróżuję po świecie i widzę, jak zorganizowany jest sport. Nasz sport masowy, biegi, Triathlon, MTB, czy szosa pod względem organizacji nie odbiega od światowych. Bierzmy od nich przykład i przenośmy najlepsze praktyki na piłkę. Wszędzie jest potrzebny plan, dyscyplina, strategia, pasja i przyjaźń, a ponad wszystko przejrzystość działania organizacji. Wielkie pieniądze rządzą rynkiem sportu, wielkie pieniądze są do zainwestowania w sport w naszym kraju, ale sport który działa w klubie z przejrzystą strukturą, gdzie każda wydana złotówka ma uzasadnienie wydatku. Nie mamy przykładów za dużo w krajowym sporcie, to bierzmy przykład z prywatnych scen teatralnych, które zaczynają dystansować finansowane z budżetu państwowe teatry i ściągać kapitał od największych firm, które robią to z przyjemnością z prostego motywu. Wiedzą, że swoje złotówki inwestują w przedsięwzięcie o przejrzystych strukturach, ze strategią działań i pajsą w działaniu i chcą być częścią tworzenia czegoś dobrego.

Zadajcie sobie pytanie, gdzie chętniej zainwestujecie swoje 1.000 zł? W młodzieżową drużynę, która przez ostatni rok publikuje swoje sprawozdania finansowe, rozlicza się z każdej złotówki otrzymanej od rodziców, organizuje jawne konkursy na zakup sprzętu, pozyskała lokalnego sponsora wody w postaci 30 butelek wody tygodniowo i ma wokół siebie 2 trenerów, którzy może nie mają dziesięciu dyplomów FIFA, ale w ich oczach widzisz tę pasję i zaangażowanie, które można zobaczyć u większości zawodników, których spotykam na trasach maratonów, triathlonów na całym świecie. Czy w dzisiejszą Polonię?

Podsumowując, tyłek z kanapy i do roboty! Biegać, działać, organizować i przestać się napierdzielać między sobą, bo każdy konflikt świadczy o Twojej głupocie !!!

Pozdrawiam

Torped

AKS Polonia Warszaw, MTB Polonia Warszawa, Wielka Polonia, Polonia Warszawa = KLUB SPORTOWY POLONIA WARSZAWA zrzeszający wszystkich sportowców warszawy!

Źródło: własne, tekst Torped, fot. Ana, marathon-photos.com

Share
Free Joomla Template created by College Jacke