UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce lub konfiguracji usługi. Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na dalsze działanie strony w obecnej konfiguracji.

Rozumiem
Read and compare professional hosting reviews and choose the best hosting company for your business.

Potrafić się podnieść...

Utworzono: 17 październik 2014
AMI

P9149296IRONMAN 70.3 Ruegen – połowa września, mój start sezonu, do którego przygotowania rozpocząłem już w grudniu zeszłego roku. Start marzeń, w trakcie którego miałem przełamać wszelkie bariery czasowe, fizyczne i psychiczne. Myślę, że egzamin z ostatnich dwóch elementów zdałem, a pierwszy…

Po życiówkach na ćwiartce w Nieporęcie, i połówce w Gdyni, które mimo braku treningowego odpuszczenia zrobiłem nad wyraz łatwo, Rugia wydawała się być miejscem gdzie spełniają się sny…

Przygotowania trwają – ukrop czy ulewa, nie ma znaczenia, pływanie, bieganie, rower i nagle otwieram oczy. Zimno, mokro, gdzie ja jestem i dlaczego akurat tutaj ? Jaki rower ? Po co ? Kolejny kontakt, ktoś mi wbija w karetce kroplówkę. Kontakt numer trzy, jakaś staruszka jęczy z bólu, pielęgniarz wyprasza czyjąś rodzinę z sali, aaa szpital. Kolejne flesze, bez składu i ładu…I nagle !!! A Mrągowo, Rugia ? Były już, czy może będą jutro ? Jaką mamy porę roku ? Eee, ciemno to zapewne dopiero styczeń… Ale zaraz, jaki styczeń ??? Przecież byłem na rowerze, a w styczniu pedałuję w domu. Podobno ktoś mi zajechał drogę samochodem, a po domu samochody nie przemieszczają się… Kilka krótkich pytań do wiozących mnie gdzieś na noszach, zakutego w jakiś sztywny kołnierz, pielęgniarzy – „jaką mamy porę roku i w ogóle jaki jest dzień ?”. 27 sierpnia, środa… W niedzielę start w Mrągowie, próba generalna przed Rugią. Dam radę...

Coraz bardziej zaczynam kontaktować i płynnie odbierać świat zewnętrzny. Czas, przerywany badaniami, miło spędzam z Torpedem, który wpadł aby przy okazji zrobić wymarzone szpitalne selfie z ofiarą wypadku. Przede wszystkim jest niezawodna Koleżanka Małżonka, która tego dnia przeżywała psychiczne katusze, i Bzyczek jest, czyli niezawodna ekipa techniczno-medialna. A na koniec Big, który kiblował w deszczu, w trakcie oględzin przy moim rowerze, aby jacyś złoczyńcy go nie buchnęli. Flaszki tylko brakowało…

Późny powrót do domu ze zwolnieniem lekarskim do końca tygodnia (a mogłem spokojnie dostać na miesiąc, ile to problemów w pracy by mnie ominęło, które były efektem mojej nadgorliwości).

W niedzielne przedpołudnie nieudany start w Mrągowie, a właściwie jego co najwyżej 1/100. Chodzę jak kaleka, pływam na jednej ręce, ani kichnąć, ani głowy obrócić, ale do Rugii się wyrobię, będę świeżutki…

Dwa tygodnie później, od piątku, kiedy dojechałem na ogarniętą wiatrem Rugię, a dokładnie do miejscowości Binz, obserwowałem Bałtyk. Takich fal na morzu dawno nie widziałem. Oby do niedzieli się uspokoiło. Z drugiej strony ja mogę płynąć (niby obojczyk nie pozwala, ale jak się rozgrzeję to powinienem dać radę), byle widzieć molo i brzeg. Niech ci wszyscy odziani w pianki mocarze pokarzą jak się pływa w prawdziwej wodzie. Bez pianek 3/4 konkurencji odpadłaby na każdych zawodach, a jeszcze w takich warunkach, ech… :)

Niedziela bez zmian, fale, wiatr i do tego ulewa. Zresztą już na sobotniej odprawie poinformowano zawodników, że pływanie zostanie zastąpione pięciokilometrowym biegiem. No to klops, już na samym początku w plecy.

Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację i ogólne samopoczucie, za radą Kolegi Radka, postanowiłem się bawić tymi zawodami, na spokojnie, z uśmiechem, byle do przodu.

„Pływanie” rozpocząłem rześkim od nóżki do nóżki. Nigdy jeszcze po tej części zawodów nie byłem tak daleko z tyłu.

Spokojnie się przebrałem i podreptałem po rower. W butach wpiętych w maszynę zarejestrowałem wysoki poziom wody. Dwukołowca byłem zmuszony odwrócić do góry nogami, aby wypompować zbędną ciecz. Po kilku kilometrach pedałowania zorientowałem się, że przy okazji osuszania trzewików pozbawiłem się kilku żeli. A co tam, w strefach bufetowych zaopatrzę się do woli.

Prędkość między 36 km/h, a 43 km/h, nie mówiąc już o zjazdach, wyzwalała myśl o pobiciu życiówki na rowerze, w czym nie powinny przeszkodzić ulewa, wiatr, zimno, pagórki czy mocno utrudniający jazdę dwukrotnie podjazd i zjazd po mokrych kocich łbach.

Rzeczywistość okazała się okrutna – na półmetku rowerowania czas na liczniku wskazywał wynik świadczący o ślamazarnej jeździe. Kilka zwolnień i od razu średnia prędkość spada. Nigdy jednak nie jest tak odwrotnie – kilka przyspieszeń i życiówka.

Plusem słabego „pływania” jest to, że to ty ich wyprzedzasz na rowerze, a nie oni ciebie. Tak pykłem ponad trzystu zawodników.

Dopingowany przez Rodzinkę, dotarłem do strefy zmian, tzn. na razie odstawiłem rower, a do strefy na plaży pozostało ok. 400 m świńskim truchtem. Bawiąc się zawodami i czerpiąc z nich pozytywną energię przygotowywałem się do biegu, a że stopy były całe w piachu, a więc dokuczliwe obtarcia gwarantowane, postanowiłem wybiec z butami w rękach, aby gdzieś nieopodal wypłukać moje 48 w kałuży, w końcu lało cały dzień. Lało, ale kałuż nie zanotowałem. Trudno, trochę wyczyściłem i pognałem.

O dziwo na bieganiu wyprzedziłem kolejne dwadzieścia osób, ale więcej z siebie dać nie potrafiłem. Dopiero teraz, podczas pierwszego po wypadku, prawdziwego wysiłku, odczułem jaki jestem porozbijany. Głowa, kark, barki, żebra, kręgosłup, biodra, kolana, stawy skokowe. I chyba tylko doping licznych kibiców, w tym moich Rodziców, ich znajomych, no i nieugiętego Żono-Cyborga pozwolił na dotarcie do mety.

Bieg poszedł słabo, choć w zeszłym sezonie byłbym z niego zadowolony. Nawet obcierki żadnej na stopach nie zaliczyłem. Ważne jednak, że na mej szyi zawisł medal, a za chwilę Żonka. Koniec !!! Żarcie i bania.

Dla mnie sezon niestety się zakończył, choć powinno to nastąpić już 27 sierpnia. Nie wiem czy to głupota, czy inna przywara. Ale co tam, raz się żyje :)

Oj, teraz czuję wszystko. Brak adrenaliny. Nie muszę w końcu przed wszystkimi udawać, że jest ze mną wszystko w porządku. Kurtka, przecież ja nie mogę się ruszyć i źle się czuję, jak się okazało, tak przez kolejne tygodnie.

Trudno ocenić ten start, gdy bierze się udział w zawodach przy dziesięcioprocentowej sprawności, w warunkach atmosferycznych odbiegających w tym miejscu znacznie od norm przyjętych o tej porze roku.

Cholerna Rugia, same przeciwności losu. Ohyda !!! Ale zamierzam tu za rok znowu wystartować i pokonać to eNeRDowskie zło :)

Na kolejny sezon wracam silniejszy !!!

Lew

Certyfikat [>>]

 

wynik

 

Źródło: własne, tekst: lew, fot. AMI

 

Share
Free Joomla Template created by College Jacke